Samotność

Są takie dni, a wręcz tygodnie, które zaczynają się od trzęsienia ziemi a potem napięcie stopniowo narasta. Kumulacja rzeczy małych w lawinę której nie idzie zatrzymać, nie ma jak tego rozplątać, porady typu „zacznij od jednej rzeczy i rób stopniowo to dasz radę” są mniej więcej tak życiowe jak sugestia, żebyś odgarniał pojedyncze płatki śniegu przy lawinie. Duże tematy mieszają się z małymi i średnimi i wychodzą konstrukcje psychiczne tak dziwaczne że żaden psycholog nie chciałby tego słuchać. Zakładając, że chciałbym to jakiemukolwiek psychologowi powiedzieć.

Kojarzycie takie dni? Za co się nie weźmiecie, wszystko się spieprzy – a kolejka rzeczy ważnych i mniej ważnych z poprzedniego tygodnia rośnie. Aż się boję pisać ten tekst.

To są dni kiedy myślisz sobie: „Czy ja już zwariowałem, czy dopiero czeka mnie wybieranie schorzenia, na które mnie zamkną?” Jest dopiero wtorek. Trzeba uważniej dobierać bieliznę i skarpetki i częściej się myć, bo wylew albo zawał zbliża się jak nic a to wstyd przed ratownikami w takich dziurawych czy brudnych rzeczach się pokazać.

I w taki dzień, myślicie sobie, pewnie zaraz Kret opisze jakieś niezwykłe pozytywne zdarzenie. Jakąś otwierającą umysł iluminację. Chociaż spróbuje znaleźć coś motywującego w otaczającym go świecie, grafoman jebany.

Otóż nie, kurwa. Nic takiego nie miało miejsca. Siedzę w ekspresowej windzie do piekła i lecę w dół.

No dobrze, jest jeden pozytyw. W tym wpadającym w górne warstwy atmosfery UD-4L który ewidentnie leci na obchody masowej zbrodni na LV-426 (miesięcznica xenobójstwa) i nie zawróci na lotnisko zapasowe bo zamierza lądować we mgle – nie jestem sam. Widzę twarze przyjaciół którym na trzeźwo też już czasem odpierdala. Każdy ma jakiś swój poziom graniczny życiowego gnoju, który już dawno lub zupełnie niedawno został przekroczony.

Drogi Czytelniku nie zrozum mnie źle. Nie jestem Polakiem-katolikiem którego podstawowa mantra pocieszająca brzmi: „nie martw się, inni też mają chujowo albo gorzej”. Jak ma mnie kurwa pocieszyć fakt, że inni, a zwłaszcza bliscy mi ludzie, też cierpią? To się kumuluje a nie redukuje poprzez zniesienie zawiści.

Tak więc nie, nie znosi to mojego cierpienia ale przynajmniej daje jakąś tam siłę fakt, że nie jestem sam.

Jakiś czas temu zdarzyło mi się przeczytać kilka łzawych opisów tzw. samotnych matek. Oto samotna matka z szóstką dzieci ma jakiś problem prawny. Inna jest samotna i musi pracować na dwa etaty. Jeszcze inna wolała zostać samotną matką niż „znosić upokorzenia”.

Zastanawia mnie poziom głupoty jaki jest wymagany, żeby takie bajki traktować poważnie. OK, rozumiem potrzebę ekscytacji takimi historiami, to takie trochę pewnie pornole dla emocji. Ale nikt chyba poważnie nie wierzy, że historie opowiedziane w pornolach są prawdziwe? A jeśli są, to dziś pani w urzędzie zdecydowanie nie dopełniła swoich obowiązków…

Pomyślcie przez chwilę. Jak można być samotną matką i urodzić szóstkę dzieci? Pamiętacie, jak się robi dzieci? Nie samotnie. A może „odnajdywanie się w ramionach” a.k.a opierdalanie pęt (kwestia perspektywy jedynie) kolejnym tatusiom z nadzieją, że „jakoś to będzie”, to społecznie akceptowana forma radzenia sobie z samotnością? No OK, tylko kto pilnuje antykoncepcji i jakim cudem można popełnić ten sam błąd sześć razy?

Nie mówimy o wdowach, wdowy należy nazywać po imieniu i otaczać troską bo one nie są samotne ale zwyczajnie opuszczone. Ich mężowie zapewne żyją w ich sercach a żadne z nich rozpadu związku nie zainicjowało, o ile oczywiście mąż nie był np. motocyklistą w kryzysie wieku średniego ze zbyt ciężką ręką na manetce. Ale skoro już nie żyje to nie ma sensu mu wyrzucać, że był nieodpowiedzialny.

Samotna matka pracująca. Najlepiej na dwóch etatach. Kto opiekuje się dziećmi w tym czasie? Kto je wychowuje, żeby za jakiś czas nie stały się groźniejsze od dzikich psów? Mamusia? Tatuś? To co to za samotność jak jest takie wsparcie? Jeśli nie dorosłaś do życia samodzielnie to lepiej się nie rozmnażaj.

Czujecie jak idiotyczne społeczeństwo sobie zbudowaliśmy? Używamy słów, których nie rozumiemy. Więc pozwolę sobie zdefiniować, co to jest samotny rodzic.

Samotny to taki, który nie ma z kim zostawić dziecka jeśli musi pracować. Samotny to taki, który jak jest chory lub ranny to leży i patrzy na swoje bezradne dziecko. Samotny to taki, który albo się sam ogarnie albo umrze. A potem umrze dziecko. Nie ma absolutnie NIKOGO do pomocy. Wtedy jest samotność, rewers wolności.

Są takie matki i są tacy ojcowie. Ale gros łzawych historii to niestety ludzie, którzy nie uczą się na własnych błędach. Ludzie, którzy na randce z Tobą wprost powiedzą Ci „wiesz co, ja generalnie trafiam na samych dupków/idiotki” i oczekują – zupełnie bezrefleksyjnie – że będziesz im współczuć. Podczas gdy normalną reakcją powinno być zapłacenie rachunku, wstanie i wyjście z lokalu.

Trzymajcie się z dala od samotnych rodziców. Przynajmniej dopóki nie ustalicie ponad wszelką wątpliwość przyczyn tej „samotności”. Nie niszczcie sobie życia.

Romans w pracy

Nie wiem czy to romans w pracy czy tylko przelotna namiętność.

Miałem z nią dyżur do późna poprzedniego dnia. Z samego rana przyjechałem, porozmawialiśmy. Otworzyła się i uporządkowaliśmy sobie wszystko w środku.

Czy to wiosna, czy muzyka którą puściłem z jej odtwarzacza czy może efekt tego uporządkowania? Nie wiem. Ale wylądowaliśmy pod prysznicem. Solidne ciśnienie, na początku ostro potem z myjką. Solidnie się zziajałem, kiedy woda przestała płynąć.

Prysznic ujawnił kilka niedoskonałości ale mimo wszystko nie potrafię przejść obok niej beznamiętnie. Nawet pomimo tego, że już straciła sporo ze swojej pierwotnej mocy. Na Wielkopolską wjeżdża na dwójce.

Sprzątanie karetki to jednak coś więcej niż obowiązek. To rytuał.

Widzenie

Kiedy ktoś mnie zapyta o moje życie intymne to najpierw muszę sobie przypomnieć o co chodzi. Ostatni raz kobieta ściągała mi majtki w 2014 roku. To było w Lęborku na SORze, kobieta była pielęgniarką a zsunięta bielizna była niezbędna do wykonania zastrzyku domięśniowego z Hydrocortison’u. Po wszystkim majtki wróciły na swoje miejsce a ja wróciłem na poligon. Ta niezwykła sytuacja nauczyła mnie dwóch rzeczy – że jestem uczulony na sezamki i że w Lęborku jest SOR. I to całkiem fajny.

Oczywiście nie zawsze tak było bo w końcu Julkę zrobiłem i nawet mi wyszła, choć nie bez wypadku. Przed pojawieniem się jej i moją, że się tak wyrażę stabilizacją emocjonalno-seksualną (to taka stabilizacja jak pacjentów wiezionych do lodówki) istotnie zdarzały mi się gwałtowne i odwzajemnione porywy serca nawet na w naprędce poznanych niewiastach. Zawdzięczałem to bardzo prostej technice. Przed podrywem zdejmowałem okulary.

Słaby wzrok ma swoje zalety. Co prawda nigdy nie zostanę pilotem MiGa-29 czy nawet Dreamliner’a ale za to mniej wybrzydzam na drobiazgi, które w ostatecznym rozrachunku nie mają żadnego znaczenia. Bo ostateczny efekt o który mi chodzi i tak nie nadaje się do publikacji na fejsbuku. A chodzi o to, żeby wszyscy byli zadowoleni, a nie ładni. Ładni będą znowu rano jak się umyją, ubiorą, pożegnają i pójdą swoją drogą. Nic nie zaszło.

Ostrość widzenia czy postrzeganie barw nie ma przecież znaczenia po zmierzchu czy w ciemności. Tam liczy się ocena sytuacji, wykrycie ruchu i ustalenie, co przeciwnik ma jeszcze na sobie. A także gdzie ją bezpiecznie umiejscowić bo stół kuchenny z nożami na blacie luzem to średni pomysł choć na filmach to im zawsze jakoś bezurazowo wychodzi.

Weszło mi to w krew tak bardzo, że przestałem patrzeć na ludzi oczami. Oczy analizują szczegóły, które budują obraz całości. Ale estetyka i jej zgodność z obowiązującymi kanonami przestała mieć pierwszorzędne znaczenia. Nabrały natomiast znaczenia ton głosu, sposób mówienia i nade wszystko – sposób myślenia. Bo nawet sposób komunikacji nie świadczy jeszcze o człowieku źle. Są ludzie niewychowani, niepełnosprawni albo niezrozumiani którzy mimo wszystko są dobrymi ludźmi. Ale nie ma nic gorszego niż elokwentna, piękna, zmysłowa, doskonale zbudowana pogarda do wszystkiego co nie jest nim lub nią samą.

Nie mówcie mi nigdy, że „takiej byś z łóżka nie wygonił”. Ja bym jej nawet do niego nie wpuścił. Kontakt tylko werbalny z kimś takim powoduje, że czuję się brudny.

(poza tym, mówienie o seksie w trybie przypuszczającym to oznaka bezradności)

Służbowo. Na statek.

Tak dzisiaj wszedłem na pewną jednostkę pływającą.

Poczułem się jak w innym świecie i trochę jak w domu.

Musiałem umyć ręce w pomieszczeniu obok maszynowni. Zapach tego diesla i smarów przywołał wspomnienia z pracy na morzu.
Każdy chłopiec i każda dziewczynka urodzeni nad morzem powinni kojarzyć te zapachy, znać zasady ceremoniału morskiego i
wiedzieć co to wachty i co się na której robi (łatwiej je potem nauczyć porządku w domu). W końcu w mieście z którego
pochodzę każdy ma w rodzinie (bliższej lub dalszej) kogoś, kto pływa. Czasami też kogoś, kto nie wrócił.

Dziesięciu mężczyzn wystarcza, żeby wozić ładunki niewielkim statkiem po Morzu Bałtyckim i okolicach. Każdy z nich ciężko
pracuje. Dopiero rozmowa z nimi i obserwacja procesów przemysłowych, jakie zachodzą na takim małym w sumie statku pozwoliła
mi zrozumieć, czemu SAR robi tak dobrą robotę wyciągając tych ludzi z morza. Każdy wylot to potencjalnie mniej świeczek na
Bulwarze pod pomnikiem.

Ale ja nie o tym chciałem pisać, ja chciałem powiedzieć o żarciu.

Kuk zaprosił mnie na obiad. Uważam to za zaszczyt. Proste dwa dania – barszcz ukraiński i spaghetti. Podane elegancko ale
prosto. Trudno to opisać – jedzenie dobrze zrobione, brzuch po nim nie boli, sraczki nie ma. Podane na najzwyklejszych
talerzach, do tego nawet były skrojone ogórki czy papryczki w osobnych miseczkach. Naprawdę elegancko choć prosto, tak
normalnie. Żadnych fajerwerków, żadnych rozczarowań. Świetne jedzenie.

Zrobiłbym zdjęcie i modnie wrzucił ale padła mi bateria, więc musiałem opisać swój obiad.

Bardzo niechętnie schodziłem z pokładu.

Nieśmiałość

Wiosna jest. Fajnie by było się zakochać jak za młodu. W moim przypadku oznaczałoby to beznadziejne wodzenie wzrokiem,
wielokrotne próby podejścia, teksty z przysłowiowej dupy i w końcu obserwacja jak kolega zabiera „sprzed nosa” upatrzoną
pannę. No jak się głębiej zastanowię, to taki łańcuch wydarzeń wcale mnie nie kręci. Gdybym naprawdę miał od tego odmłodnieć
o dwadzieścia lat to oczywiście, bez namysłu. Ale jeśli mam się tylko POCZUĆ młodo, to pójdę na strzelnicę. Albo potańczyć.

Jestem i byłem nieśmiały. Jest to jedna z najgorszych przypadłości jaka dana jest człowiekowi.

Spytacie pewnie, czemu akurat nieśmiałość ma być najgorsza? Jest masa innych rzeczy które są chujowe, z rakiem czy paraliżem
znacznie bliżej czołówki, w której plasują się między innymi śpiewanie Izabeli Trojanowskiej po pijaku, przekonanie o
zasadności Obrony Terytorialnej w formie pospolitego ruszenia lekkiej piechoty czy bieliźniarki w zabudowie na wymiar.

Nieśmiałość jest straszna nie dlatego, że nie pozwala wyrwać upatrzonej panny (lub pana) bo to akurat zawsze jest trochę
loteria a poza tym czasami – jakże często – sukces w tak zwanym rwaniu okazuje się być w długofalowych skutkach
nieporównywalnie gorszy niż porażka. Nieśmiałość jest straszna bo zamyka nam usta i nie pozwala powiedzieć czegoś ważnego.
Czegoś, czego drugi raz możemy już nie powiedzieć.

Taka historia. On i ona. Jeżdżą do siebie, ona jest z Warszawy on nie, ona raczej dobrze ustawiona on tak sobie. Coś tam się
kręci, on szuka trochę pracy w tej Warszawie ale tak sobie to idzie. Któregoś dnia w czasie awantury ona oskarża jego o to,
że ma nieczyste intencje bo jest z nią tylko dla jej posagu (mieszkania). On bez słowa odchodzi bo dla uczciwego faceta taki
tekst to jak cios nożem. Ona płacze bo wcale pewnie nie tego chciała tylko była trochę pojebana, tak samo jak on. Potem długo
nie rozmawiają ze sobą. A potem życie pisze im swoje ścieżki i któregoś dnia on postanawia, że naprawi wszystko. Powie jej co
trzeba nie po to, żeby wrócić, ale żeby wyjść na czysto z tego wszystkiego. Dzwoni, umawiają się, cieszą się na to spotkanie.
Tylko, że ona umiera dwa dni przed czasem spotkania.

Tak po prostu, w jasny dzień, porządkując papiery na swoim biurku. Upada twarzą w te papiery i odchodzi. Udar.

Czasami życie nie daje drugiej szansy powiedzenia innemu człowiekowi czegoś ważnego. A nieśmiałość zabiera nam tę pierwszą.

Pierwiastki żeńskie

Stoję w aptece w pewnym szklano-aluminiowym raju pracowniczym w Gdańsku. Potem muszę odebrać Julkę z przedszkola i przewieżć na bombach do logopedy. Bierze mnie przeziębienie od wczoraj bo jak idiota postanowiłem uczesać się żyletką i wyjść bez czapki i szaliczka. Chcę kupić Zatoxin żeby jak coś się rozwinie to nie ruszyło zatok bo wtedy to leżę i kwiczę.

Czas zadaniowy T – 15 minut.

Dwa stanowiska sprzedaży. Przy jednym młoda korporacyjna matka dopytująca się co chwila o jakieś specyfiki więc to stanowisko skreślam. Przy drugim jakaś szczupła dziewczyna, wygląda na niezamężną a na pewno nieródkę więc spoko, może pójdzie szybko. Dwie panie rozmawiają ze sobą przez ladę ściszonym głosem jakby ta klientka kupowała co najmniej środki antykoncepcyjne albo globulki dopochwowe na grzybicę albo cholera wie co jeszcze. No i słyszę tak piąte przez dziesiąte:

„Taką kompozycję pierwiastków bym chciała, wie pani (…) . Żelazo na pewno i nie wiem co jeszcze (…)”

„mrumrumrumru, takie tam mamy mrumrumru”

No ja wiem co jeszcze, dobrze, jedz żelazo bo jesteś dziewczynką. Tam pewnie będzie też cynk, magnez, potas i sód. Spoko, mam piętnaście minut. Dobierz sobie odpowiednio, może ta Twoja chuda dupa trochę nabierze kształtów i nie będziesz taka anemiczna jak te wszystkie korporacyjne koleżanki twoje.

T – 12 minut.

„A ma pani wapń?”
„A wie pani, tam jest kilka rodzajów… mrumrumru”

OK, moja wina. O wapniu zapomniałem. Ale „kilka rodzajów wapnia”? Co ty jej tam babo oferujesz, izotopy?

T – 9 minut.

Z nosa mi cieknie i z prawego oka (chyba zawiało mi jakąś prawą zatokę albo ucho), chusteczki też bym kupił. Trochę już przebieram nogami. Jak mi jakiś mądrala zablokuje wyjazd to mogę się spóźnić.

„A ma pani selen?”
„A nie mrumrumru”

Co jest kurwa, jaki selen? Kim ty jesteś, Księżniczką Celestią? Selenu się zachciało? Babo, zjedz drożdży albo obrób mi pęto, w spermie jest większość selenu który ja przetwarzam. Serio. Jestem chory, czy ktoś to kurwa widzi? Facet z katarem? Macie pojęcie, że to jak chodząca bomba zegarowa?

T – 6 minut.

„mrumrumru i teraz jod mrumrumru”

JOD?! No kurde, nie oddychasz? Nad morzem żyjesz. Ile Ci tego jodu trzeba?

Dobra, wszystko fajnie ale jest trochę już słabo. Zostaje pięć minut a jesteśmy dopiero na pięćdziesiątym trzecim polu tablicy Mendelejewa. Widzę, że się starasz, ale do Ununoctium trochę jeszcze zostało. Możemy jakoś przyspieszyć, proszę?

Zero reakcji, nawet nie łypnęły. Tak pogrążone w tym szaleństwie zakupów że normalnie strach się bać. To dziewczynki, to nawet nie zaproponuję że mogłyby zrobić zapasy na giełdach światowych a np. wolfram i molibden kupić w prętach w jakimś metalskupie.

T – 2 minuty

„mrumrumru a wie pani, a czy sam fluor dostanę?”
„mrumrumru”

OK. To był punkt przegięcia. Ja pierdolę, fluor. Co będzie dalej? Bor, brom, arsen, miedź? „”Aniu, jak ty pięknie wyglądasz ale martwię się o twój poziom lantanowców”. „Słyszałaś kochana, że w Galerii Bałtyckiej jest teraz wielka wyprzedaż? Radon i technet za 20% ceny”. No ja pierdolę.

Wyszedłem. Poddałem się dwie minuty przed czasem. Pokonały mnie dwie wątłe korporacyjne dziuńki i tablica Mendelejewa którą traktowały jak galerię handlową.

Teraz siedzę na herbacie z sokiem malinowym, obczajam czy mam wystarczająco cebuli i gripex na zatoki. Znowu przez kobiety cierpię. Znowu bolesne doświadczenie, które nic a nic nie zbliżyło mnie do ich zrozumienia.

Ale przynajmniej już wiem, z czego się składają.

Jestem mizoginem

Do takiego wniosku doszedłem dzisiaj po południu. Nie rokuje to dobrze procesowi wychowawczemu mojej córki ale trudno, priorytetem i tak jest jej zdolność chodzenia i mówienia. Jak to załatwimy to już pewnie nie będę miał zbyt wiele czasu przed sobą na ustawianie jej życia, co jej pewnie na zdrowie wyjdzie.

Ta konstatacja dopadła mnie kiedy zestawiłem dwa zdarzenia – jedno z przeszłości niedalekiej i jedno z dziś po południu. Ale po kolei.

Kobold był tak miły, że po południu wybrał się z nami do lasu. Potrzebuję zawsze jakiegoś partnera do przekonania mojej córki do spaceru bo samemu to mnie robi jak chce – jeden uśmiech i leżę rozbrojony szybciej niż jakby mnie czwórka gdańskiego AT obrabiała (mam porównanie, pozdrawiam wszystkich funkcjonariuszy). Niestety nie chce jej się marznąć i męczyć więc zazwyczaj po prostu chce do domu. To niezdrowo, trzeba się dotleniać i próbować stawać przy drzewach. Ale jak ją przekonać, jak jest się samemu? Musi być backup.

Wracając do domu podjechaliśmy na zakupy po chlebek na grzanki „cztery sery”. Mam nowiutką kartę parkingową i mogę w takich sytuacjach stawać na kopercie, więc sobie stanąłem, wziąłem Julkę i poszedłem z nią do stacji wózeczków.

I teraz retrospekcja.

Kilka miesięcy temu idę z córką na wózku a jakaś starsza wymuskana pani patrzy się na Julkę (to była jakaś poczekalnia albo co) i pyta mnie: „a ona już nie powinna zrezygnować z wózeczka?”. Sam ton mnie jakoś wkurwił ale trzymam się i mówię grzecznie, że nie, nie może bo nie może chodzić. Na to „Ach!” jak stąd do Krakowa i już czuję tę ekstazę, bo jest jakaś tragedia którą takie stare kurwy się karmią – zazwyczaj w telewizji albo w poczekalni u lekarza. I zaczyna się wypytywanie oraz mądrzenie i wspominki, na które mam ochotę zareagować sierpem w wyrostek sutkowy. No ale nie wolno bo za to zapewniają dłuższe spa na koszt państwa.

Wracamy na parking dziś po południu. Podchodzę do stacji wózków (taka z wiatą, wiecie). Stoi tam nieźle ubrany menel. Twarz w normalnym kolorze, nawet ma okulary – znaczy inteligient. Spodnie miał jakieś bojowe w desert tan ale ogólnie to był żebrzący menel. Wsadzam przy nim Julkę do wózeczka a on do mnie z tekstem: „A może by pannica sama pochodziła?”

Wiecie, co mnie rozjebało? Moja reakcja. Zero agresji. Pełne zrozumienie – tak, rodzice w tych marketach wpierdalają swoje grube bachory do wózków bez żadnego pomyślunku zamiast kazać im chodzić. Tak, to jest uciążliwe dla wszystkich. Facet ma rację. I w dodatku mówi cicho i bez pretensji.

Odwracam się i mówię do niego z uśmiechem, bez sztuczności żadnej: „wie pan, gdyby mogła chodzić to zapewniam pana, że by chodziła”. Zero agresji i zero wkurwienia, może trochę smutno ten uśmiech mi wyszedł.

Druga rozjebka w ciągu minuty – jego reakcja.

„O kurwa przepraszam. Sorry. Nie mogę wszystkiego wiedzieć… przepraszam, kurwa”

I jak wychodziłem to gdzieś się ulotnił. Chciałem mu nawet powiedzieć że jest OK, spoko. Ale musiało mu być strasznie głupio.

Jak dla mnie ten menel miał więcej klasy niż ta stara raszpla. I to jest mój problem, nie jej. Jego rozumiałem a jej nie.

I pewnie nigdy nie zrozumiem.

Osobliwy przypadek kota Knursona

Kot Knurson był przeciętnie grubym kotem (nie mieścił się w umywalce ale mieścił się w wannie), który razem z dwoma innymi kotami mieszkał gdzieś na Żoliborzu. Usługiwało im troje, w porywach czworo ludzi. Dobry układ, spokojny. Kot Knurson był pieszczochem okrutnym.

Któregoś razu kot Knurson zeżarł coś dziwnego i posadził kloca w kuwetę tak śmierdzącego, że pozostałe koty goniły go z wrzaskiem. Smród był niewyobrażalny – normalne kocie gówno śmierdzi okropnie, ale to to była prawdziwa Hiroshima. Koty uciekły od Knursona, który chciał się z nimi bawić. Zabroniły mu też korzystać z drugiej kuwety. Ostracyzm, ban, foch, dąs i szlaban. Knurson był sam do końca dnia.

Ludzie natomiast skręcili pięciogramowego blanta, spalili go i dalej rozmawiali przy herbacie.

Jaki morał płynie z tej mrożącej krew w żyłach przypowieści?

Narkotyki są dla ludzi.

Dziś modne jest promowanie legalizacji broni palnej, ale ci sami ludzie jak słyszą słowo „narkotyk” to reagują prześmiesznie – takie trochę nadęcie, trochę strach a trochę oburzenie. Tak jakby jakikolwiek narkotyk był gorszy „per se” od urządzenia do zdalnego uboju ludzi.

Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem wesołkowatym usprawiedliwiaczem ogłupiających uzależnień, które Anglosasi określają mianem „recreational drug use”. Ale są takie chwile, gdy sytuacja się, mówiąc najogólniej, sknursoni – no choćby komuś na robocie urwie rękę – i będziemy chcieli doczekać jakoś do przyjazdu karetki albo do zabiegu operacyjnego. Do tego służą narkotyki. Moje narzędzie pracy.

Czy wiecie, skąd się wzięła heroina? W latach dwudziestych zeszłego wieku dzieci chorowały na choroby typu koklusz, dziś mocno wytępione szczepionkami, które to choroby charakteryzowały się uporczywym, męczącym kaszlem. Takim wiecie, trwającym godzinami, wyczerpującym dziecko tak że nie mogło samo usiąść. Firma Bayer, ta od aspiryny, zrobiła im wówczas syropek z opiatów i nazwała go „Heroin” na cześć małych bohaterów co już nie kaszlą po syropku. Jak to opiaty (morfina czy fentanyl) oprócz działania przeciwbólowego w małej dawce znoszą odruch kaszlu. Tak, heroina powstała jako lek dla dzieci. Bayer się tym chyba nawet chwali na swojej oficjalnej stronie.

Amfetaminę (choć to nie narkotyk) stosowano w latach pięćdziesiątych jako środek odchudzający. Inna sprawa, że do dziś działa rewelacyjnie. GHB – czyli pigułka gwałtu – to francuski anestetyk, ponoć średnio udany ale długo stosowany w ichniej służbie zdrowia. Morfina czy jej syntetyczny, sto razy mocniejszy odpowiednik – fentanyl – to dzisiaj standardowa zawartość saszetki z narkotykami w karetce albo na SORze.

Co do THC i jej „leczniczych” właściwości to akurat jestem sceptyczny. To nie jest jakieś fantastyczne panaceum a sposób jej reklamowania przypomina mi wypowiedzi pewnego „trybuna broni’ na temat broni palnej. Każdy powód jest dobry, żeby promować blanta, ale czy on naprawdę ma takie właściwości czy po prostu jest blantem i chcemy go już na legalu zajarać? Nie mam nic przeciwko, tylko przesadnie bym do tego medycyny nie mieszał. Ale ja się nie znam, te opinie wydają naukowcy.

Osobną kwestią moralną jest handel narkotykami. Pamiętam bardzo mądrą rzecz, jaką powiedział mój kolega (nie mam kolegów; to była tylko znajoma twarz): Handel bronią jest znacznie bardziej niemoralny niż handel narkotykami. Broń kupuje się w celu zrobienia krzywdy innej osobie; narkotyki kupuje się w celu zrobienia krzywdy sobie. Dlaczego zatem handlarze bronią, zwłaszcza instytucjonalni, cieszą się szacunkiem, podczas gdy handlarze narkotyków otoczeni są tak mroczną sławą? Bez sensu. I proszę nie przytaczać argumentu, że narkotyki sprzedaje się dzieciom – bo broń też można sprzedawać dzieciom, a poza tym dzieciom w szkołach sprzedaje się mnóstwo syfu, od cukru po gównoprawdę. To ostatnie – za moje podatki.

Na co dzień nie palę, nie piję, nie zażywam żadnych substancji powszechnie nazywanych narkotykami. Jednak gdyby sytuacja uległa gwałtownej knursonifikacji i dopadł by mnie na przykład zawał to wolałbym, żeby ktoś w okolicy był z morfiną żeby MONA rozpocząć, a nie ktoś z kadzidłem i modlitwą. Tym bardziej jak będę zdychał w męczarniach – poproszę raczej fentanyl dożylnie niż modlitwę dousznie.

Zdążycie ją zmówić.

 

(Ze względów bezpieczeństwa nazwisko kota zostało zmienione)

Starość

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego starych ludzi nikt nie lubi. W sumie to nie, nie zastanawiało mnie to nigdy bo traktowałem ich jak większość naszego społeczeństwa – czyli jak powietrze, jak niewidocznych. Jak zacząłem pracę w systemie ochrony zdrowia to nie dało się już ich nie zauważać (a także czuć i słuchać). Ale to nie może być cała prawda o tym nielubieniu, bo mam wielu kolegów którzy są brzydcy, śmierdzą i pierdolą głupoty a mimo wszystko są mi drodzy. Dobra, kolejna ściema – przecież ja nie mam kolegów. Na świecie żyje tylko kilku psychopatów tak popapranych, że pozostało im żerować jedynie na sobie nawzajem, ja jestem jednym z nich. Ale naprawdę są brzydcy i śmierdzą, zwłaszcza po treningu.

Tak naprawdę to słuchanie jest chyba najgorsze. Cewnikowanie pacjentki czy pacjenta 65+ to nie jest kompleksowe Spa dla zmysłów, ale też nie jest to jakaś niewiadomo jaka Hiroshima – w końcu ta praca na tym polega. Ale te ich przemyślenia… Połączenie haseł i frazesów, narzekanie na wszystko w oparach lekkiej do umiarkowanej choroby psychicznej.

I wieczna pretensja. No OK, w pracy to ja jestem obiektem tej pretensji. I szczerze, jakbym powiedział że system działa to już by koledzy zapukali na podstawie Art. 273 KK. (a co ja mówiłem? Że nie mam kolegów? No właśnie). W Polsce nie ma czegoś takiego jak geriatria – to nie jest mój pogląd tylko wniosek NIKu sprzed roku (https://www.nik.gov.pl/aktu…/nik-o-opiece-geriatrycznej.html). A opieka nad człowiekiem który rozpoczyna proces starzenia to opieka głównie psychologiczna – no dobra nie
tylko, ale w dużej mierze. Jesteś tak stary jak się czujesz, plus dochodzą problemy nam nieznane (np. jak zostać normalnym i nie myśleć o samobójstwie gdy po kolei wszyscy Twoi znajomi i przyjaciele umierają? Albo jak poradzić sobie z przeszłością która wraca a nikt z obecnie żyjących nie potrafi jej zrozumieć?).

Tak to widziałem do niedawna. Może dlatego, że dziadków w zasadzie nie miałem a moja babcia była rehabilitantką – szczupła, wysoka (no potem malała już oczywiście), i ostatniego typa wyrwała w wieku lat jakoś tak osiemdziesięciu. Przy czym strasznie się wstydziła przyznać bo to był gówniarz okrutny – raptem 65 lat czy coś takiego – więc odgadłem po tym że ożywiała się i unikała tematu dokładnie jak przeciętna nastolatka. Wyrehabilitowała go sobie po wylewie i miała. Było jej przykro jak umarł. A sama babcia zaliczyła może max 2 lata starości więc zestarzała się tak jak żyła – szybko i na maxa. Tyle wiedziałem o starości – jak większość normalnych ludzi podstawową wiedzę zdobywałem w rodzinie co mówiąc delikatnie nie wyczerpuje znamion statystycznej istotności przy badaniu zjawiska.

A, no i jeszcze dochodzi aspekt osobisty. Niezbyt mi pasuje towarzystwo wścibskich staruszek gapiących mi się na Julkę a tym bardziej pytających czemu ona na wózku, co jej jest albo czemu taka duża i na rękach? Jest też taka jedna która mnie atakuje pod śmietnikiem, że nie segreguję odpadów a przecież ona za to płaci. No kurwa franco jedna, sama sobie posegreguj – masz czas i nie ty płacisz tylko ja, wszak to „owoc żywota mojego je ZUS” a ty dostajesz z niego emeryturę. A może tęskno ci do tych czasów gdzie wbijałaś się do śmietników obserwowanych opozycjonistów albo bandytów (mi też mieszają się czasami nazwiska dzisiejszych polityków) i przepierdalałaś im odpadki żeby potem pisać raporty? Rozumiem to i podziwiam – dobra robota zawsze znajdzie moje uznanie, niezależnie od ideologii. Wtedy pewnie miałaś ciało bogini, przyspieszenie w pięć sekund do setki (znaczy 11 sekund na setkę bez zadyszki a następnie w pięć sekund polewałaś i waliłaś pierwszą setę) i wbijałaś takie skupienie na strzelnicy że twój oficer prowadzący oskarżał cię o oszukiwanie. Ale weź się odpierdol od moich śmieci! Albo masz – weź, tylko odpierdol się ode mnie stara kobieto bo ja tu próbuję jakoś na życiowych zakrętach wyrobić ciałem i umysłem które jeszcze mają relatywnie sprawny silnik, zawieszenie i sterowanie ale jak cię słucham to mnie zżera coś jakby rdza tylko bardziej stęchlizną i grzybicą zajeżdża.

No dobra, tak to wyglądało. Aż do pewnego dnia gdy wpadło zlecenie przewozu pacjentki wiek osiemdziesiąt plus z domu na badania. Karta zlecenia nie zawierała PESELu tylko datę urodzenia i był to rok 1930. Jedziemy z profeską i kulturą, na miejscu dwoje bardzo zadbanych ludzi (mogliby być moimi rodzicami) którzy wykazują autentyczne zatroskanie. Pani spokojna i pokorna, spokój na twarzy, zero mądrzenia się. Za pierwszym razem raczej pilnowałem jej podczas załadunku (trzy przesiadki przy jej kontuzji to było trochę uważania) więc nie przyjrzałem się, ale w drodze powrotnej już na spokojnie siedziałem z nią w przedziale medycznym i się przyjrzałem.

Tu mała dygresja, zapytacie zapewne dlaczego jadę w przedziale medycznym? Otóż dlatego, że jestem kierownikiem! Tak tak, karetka ma kierownika i kierowcę. Kierowca to ten który ma uprawnienia. Kierownik to taki debil który z jakichś powodów nie ma ważnej wkładki na pojazdy uprzywilejowane. Jak wszędzie – im masz mniejsze kompetencje, tym wyżej zajdziesz. Na szczęście w naszej karetce poza brakiem umiejętności prowadzenia pojazdu kierownik niewiele się różni od kierowcy jeśli chodzi o kompetencje medyczne. No przynajmniej jeszcze żadna karta zgonu nie ma w punkcie 18. mojego nazwiska obok np. Y84.9.

Patrzę na tą panią i myślę sobie, że ma bardzo równe i nawet ładne jak na swój wiek rysy. Włosy białe ale jeszcze całkiem gęste – jakbym był jej opiekunem tobym ją wziął do jakiegoś wizażysty i pierdolnął nową fryzurę, paznokcie też, a co (może zrobić ci takie „na harpię”, żeby zięć wiedział gdzie jego miejsce?). Potem może zakupy, torebka jakaś, buty – no coś by się z tobą jeszcze zrobić dało. Nawet potańczyć byśmy mogli bo co prawda jesteś teraz na wózku ale mi zabawa na wózkach nie jest obca, oj nie. A do Franka Sinatry musiałaś nieźle kręcić tym i owym – można by powtórzyć. W końcu jak zobaczyłem na koncercie Cesarię Evoreę jak się rusza (a już ledwie się ruszała) to chciałem ją zaprosić na kawę a ona jest w twoim wieku. Ale wiesz, nie wyszło bo w Trójmieście nie ma dobrej kawy a ona musiała wracać na Kubę, rozumiesz…

No i ja tak myślę jak tu zagadać a ona mi nagle takim tekstem:

„Ale oni mają ze mną problemów… Niepotrzebne to wszystko”

Noż kurwa!

Świadomość jej stanu psychicznego pierdolnęła mnie jak nieuważny student pierwszego roku ratownictwa naładowanym defibrylatorem. Jak bardzo trzeba się czuć śmieciem, kawałkiem zepsutego mięsa, żeby myśleć o sobie jedynie jak o problemie? Nie, nie tak jak dzisiejsze emo – JestęNikimAlePatrzNaMniePocieszajIWspółczujBoTakNaprawdęJaJaJA! – tylko tak autentycznie jak odpad. F32 jak nic, a może nawet F33. U człowieka, który nie wygląda jakby się całe życie nad sobą użalał.

Nie wiedziałem co jej odpowiedzieć więc mówię tylko: „Proszę pani, to naturalna sprawa i nikt pani łaski nie robi. Pani się nimi opiekowała jak byli mali, teraz oni opiekują się panią”. No bo co miałem powiedzieć? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem przecież, a poza tym za dziesięć minut robimy ten adres i koniec roboty, więcej przecież cię nie zobaczę, prawda?

Nieprawda. Tydzień później dostajemy kolejne zlecenie i znowu wieziemy tę panią. Dobra, myślę – teraz zagadam. Jadę w przedziale medycznym, pani ładnie zapięta, kocyk równo ułożony, ciepło?-ciepło, no to pytam. Najpierw o jakieś pierdoły, potem o dzieci. Powiedziałem jej o Julce, jej reakcja była zatroskana ale spokojna – widać, że swoje w życiu widziała, pewnie widzi moją przyszłość jako analogie do niejednej historii jaką widziała. Pytam o dzieci – miała czworo. Jedno przeżyła. Ma też dwanaścioro wnuków i ośmioro prawnuków. Fajnie się gadało. Serio. Żałowałem, że dojechaliśmy.

24 ludzi. Wyprodukowała dwadzieścioro czworo ludzi. To jest pluton, czyli można by ich zorganizować tak, że zawsze ktoś jest na warcie, zawsze ktoś pracuje i zawsze ktoś odpoczywa. Tyle ludzi wystarczy do obsługi żaglowca. Ale tam, żaglowca – tyle wystarczy do obsługi szpitala. Albo lotniska. Małych bo małych, ale zawsze. Dobra, zaryzykuję herezję – tyle ludzi i nowoczesny system komputerowy wystarczyłyby do zarządzania miastem. Jak dla mnie to ona nie powinna już pracować a w uczciwym społeczeństwie powinna za to dostać kasę – za swoje dzieci i prowizję za wnuki i prawnuki, tak jak to działa w każdym uczciwym handlu i produkcji.

I ona się czuje problemem? Gdzie w tym całym układzie jest błąd? Szukam, myślę, nie znajduje. Spać mi nie daje ta rozmowa choć pacjentka już dawno odwieziona, temat zamknięty, kasa rozliczona.

Jeden człowiek sprowadza na świat dwadzieścioro czworo ludzi – tak po prostu, bo taki jest cykl życia. I ten człowiek nie ma dla siebie zupełnie szacunku! Czy to dlatego, że my ich nie szanujemy? No dobrze, ale kto był najpierw – my, czy oni? Oni. Więc skąd wzięliśmy tę pogardę dla starszych? Od kogo się jej nauczyliśmy?

Może to trochę ich wina? Traktując się w ten sposób, myśląc tak o sobie sami napędzają tę machinę samospełniającej się przepowiedni? O, to jest to – obwinianie ofiary zawsze na propsie. Dobra, przesadzam – oni też mają w tym swój udział. Ale to my możemy to zmienić.

W którym momencie psychozy i demony towarzyszące starości i strachu przed nią tak zmieniają człowieka, że nie możemy na niego/nią patrzeć? I czemu właściwie nie możemy wprowadzić normalnej, systematycznej i systemowej opieki geriatrycznej nad naszym społeczeństwem? Odciągnąć ich trochę od demonów starości, dać poczucie wartości? A wtedy może zamiast pierdolić niektórzy zaczną mówić rzeczy, które naprawdę warto sobie przyswoić i zapamiętać. Bo starsi ludzie są pamięcią nas wszystkich i wymazywanie tej pamięci co pokolenie kończy się różnymi modami na „prawdy historyczne” zamiast budowaniem spójnej, historycznej tożsamości.

I w ogóle nie „ich” tylko „nas” przecież. My jesteśmy nimi, nasze dzieci będą nami.

Ale o czym ja mówię, to by wymagało reformy NFZ i ZUS. Weź złap złotą rybkę i powiedz jej: „Chcę zrozumieć kobietę. Albo nie, chcę reformy ZUS i NFZ tak żeby działały”.

Po chwili milczenia rybka odpowie:

„Kobiety naprawdę nie są takie skomplikowane. Posłuchaj…”

(Wszystkie dane oddanych mi pod opiekę pacjentów oraz wszystkie informacje dotyczące ich stanu są w moich tekstach zmienione)

Bieliźniarka

Gdybym miał wymienić jeden najbardziej niepotrzebny mebel w domu to byłaby to bieliźniarka. No kurwa, kto to wymyślił? Szafka bez półek za to z poprzeczną na stałe wbitą dechą która uniemożliwia włożenie tam czegokolwiek.Nie włożysz tam plecaków, toreb, skrzynek narzędziowych czy nawet ubrań, bo niewygodnie – albo nie wchodzą bo szpara za mała albo giną gdzieś na dole a Ty nie masz nawet oglądu stanu szafki. Generalnie konstrukcja przypomina dyspenser na rękawiczki albo serwetki ale umówmy się, żaden dyspenser nie ma rozmiarów szafki. Co w mieszkaniu 35 m2 ma cholerne znaczenie.

Bez sensu.

Jako, że moje mieszkanie kupiłem z zabudową na wymiar, to staram się nie zmieniać zbyt wiele bez generalnego remontu. No i była tam właśnie taka bieliźniarka i choć dałoby się ją wywalić to nie bardzo mam pomysł jak zagospodarować dziurę. W efekcie trzymałem tam pierdolnik typu wkłucia, mniejsze torby medyczne czy worki na zwłoki (nieużywane są świetne do wożenia dziecka za sobą po ziemi, naprawdę fajna zabawa – mała to uwielbia).

Od jakiegoś czasu jestem w trakcie porządkowania życia i przestawiania mieszkania w tryb rodziny radioaktywnej (rozszczepiona nuklearna czyli 2 plus 1). Dzięki jednemu z kolegów sporo sprzętu używanego gdzie indziej znalazło już godny dom gdzie może do woli rozmawiać z dużą ilością ciekawych grzybów naściennych i nagle moje mieszkanie zaczęło przypominać trochę bardziej miejsce do życia a trochę mniej magazyn. Co za tym idzie zacząłem eksperymentować z zastosowaniem niektórych mebli na potrzeby inne niż przechowywanie sprzętu medycznego. Wiecie – nagle okazuje się, że można używać więcej niż dwóch półek na ubrania, dziecku można rozsądnie porozkładać ubranka i zabawki a ręczników i pościeli nie trzeba upychać w jednej półce.

Nie żeby taka ilość wolnego miejsca była efektem czegoś dobrego, ale skoro już się stało to trzeba to jakoś porozkładać.

No i przymierzam. Ubranka Julki – bez sensu. Plecaki medyczne – nie wchodzą, za duże. Gry, zabawki – nie ma jak wyjąć potem. Naprawdę, nie ma głupszego wynalazku niż bieliźniarka. No OK – pomijając białą kredkę. Tą wymyślono chyba na chloropromazynie popijanej burbonem.

W końcu wkurwiony wyczyściłem dokładnie dno i wsadziłem tam pościel, kołdry i poduszki. Weszły zaskakująco gładko. Kurde, całkiem pojemna ta szafka. Całkiem sensownie przemyślany taki „dozownik na kołdry”. Wyciąga się – w sumie banalnie. Nie no, fajne. Ma sens.

Nie znoszę gdy instrukcja obsługi ma rację. To mi rysuje ego.