Rzeczy ważne

Zastanawialiście się kiedyś co jest ważne?

Wyobraźcie sobie taką sytuację – nie możecie mówić. Nie możecie też nic napisać. Możecie jakoś tam komunikować potrzeby fizjologiczne i niższego rzędu ale nie możecie przekazać komuś bliskiemu niczego abstrakcyjnego. Nie opowiecie jemu lub jej o liczbach zespolonych i dlaczego są pojebane; nie opowiecie o ogarniającym Was uczuciu miłości; nie macie szans nawet przekazać że dziś nie brokuły tylko bób ma być – z solą i masłem. Nie da się. Koniec.

Każdy człowiek jak sądzę miałby tu coś innego. I to coś byłoby tak istotne że obudzony wcześnie rano powiedział by to gdyby dostał okienko czasowe na łączność powiedzmy 15 sekundowe.

Od 6 lat zastanawiałem się co powie mi moja córka gdy jej organizm jej pozwoli. Gdy napięcie strun głosowych opadnie, wyćwiczona przepona pozwoli szybko wygenerować oddech a język będzie na tyle wyćwiczony.  Aż do dzisiaj.

6 lat. Tyle czekałem, żeby ładnego poranka 16 sierpnia 2017 roku moje dziecko obudziło się, spojrzało na mnie i z przejęciem na granicy paniki kilkukrotnie powtórzyło najważniejszy komunikat:

„Zielony nie do tego”.

6 lat życia i obserwacji świata i pierwsze co mi córka powiedziała to: „zmień koszulę bo zielona nie pasuje do spodni”…

Ważny komunikat

Od początku istnienia drogownictwa ta szlachetna dziedzina inżynierii jest dodatkowo nobilitowana licznymi odniesieniami do szeroko pojętego „życia” (tego o czym jako nastolatki rozmawialiśmy na gdyńskiej plaży). I faktycznie coś jest na rzeczy bo pomijając początek i koniec filmu „Terminator 2” motyw drogi pojawia się co chwila w utworach pisanych. Zatem i ja spróbuję – bo co mi w końcu szkodzi – przytoczyć kilka alegorii. Natchnieniem niech będzie trasa Gdynia – Bydgoszcz, kulturalnie A-jedynką bo w końcu stać mnie. Raz na miesiąc mnie stać.

Zaczynamy od wyjechania z ulic podrzędnych które dobrobyt życiowy załatał i wyprostował – ale oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy w tym dobrobycie tak po prostu się odnaleźli. Więc zamiast wykrotów, dziur i wybojów mamy co kilkanaście metrów progi zwalniające. Efekt dokładnie taki sam jak dziur w jezdni, zwłaszcza na zawieszenie, ale ponieważ w bogatym i cywilizowanym społeczeństwie nie wypada mieć dziur w jezdni – trzeba było znaleźć jakiś inny problem. Dokładnie jak choroby psychiczne mieszkańców Warszawy – jak już mają pracę i mieszkania to coś trzeba z tym dobrobytem zrobić.

Wyjeżdżamy na drogę prowadzącą do obwodnicy i liczymy że może uda się przyspieszyć nieco bo jednak córka tam czeka a to jakby nie patrzeć dwie godziny drogi. Ale byłoby za prosto. Tym razem wyjeżdża nam przed maskę – i skrupulatnie pilnuje aby nikt go nie wyprzedził – bordowy Tico z rejestracją GWE poruszający się z ZAWROTNĄ prędkością 35 km/h. Wiadomo, w mieście nie ma żartów. Skutecznie stajemy za tym kimś na każdych światłach a gdy w końcu uda nam się wjechać na drogę dwupasmową i rzucimy okiem na kierowcę oczom naszym ukaże się – a jakże – leciwa już para teściów spod Wejherowa która naprawdę wie lepiej jak powinniśmy jeździć. A także dokąd i kiedy.

Jedziemy obwodnicą w kierunku autostrady i kiedy wydaje nam się już, że drogę mamy w miarę ogarniętą pojawia się on – kolejny mistrz kierownicy, tym razem z rejestracją GPU ale dla odmiany wyznający zasadę, że lewy pas to nie kółko różańcowe. No proszę, puszczamy go a on blokuje się na zatorze tuż przed nami desperacko zmieniając pasy z lewego na prawy i pokazując, że to jakieś nieporozumienie bo on ma mercedesa kombi i może jechać szybciej niż te trzy samochody aktualnie wyprzedzające coś lewym pasem. Smród oleju do frytek wdziera się do klimatyzowanej kabiny, jestem pewien że na A1 go nie spotkam. Nie mylę się, za 20 PLN to on ma panie zatankowane na tydzień.

I w końcu autostrada. Ten spokój, ta kultura, ten wysoki próg wejścia. Normalnie elita. Naciskasz gaz i w końcu możesz jechać szybciej. Nieważne, że to co nazywają autostradą składa się z dwóch pasów i pobocza. Nieważne, że co kilka kilometrów napotykasz na wyprzedzające się TIRy. Ważne, że dołączyłeś do elitarnego grona użytkowników dróg ekspresowych płatnych. Mkniecie tą prostą, szybką ścieżką niczym pracownik SCC w Warszawie na umowie o pracę na czas nieokreślony. I kiedy już wydaje się, że nie może być lepiej – pojawiają się pierwsze oznaki kryzysu.

Najpierw odległość między wszystkimi pojazdami zaczyna się zmniejszać. Potem zaczynacie zwalniać. Ktoś już zapala awaryjne żeby ogłosić oczywiste. Wreszcie na horyzoncie ukazuje się ogromna tablica z kilkoma migającymi na żółto światłami. Ocho, będzie się działo. Zdjąć nogę z gazu, przygotować redukcje i hamulce, wyjąć komórki bo może wypadek. Ciasna kolumna przemieszcza się z prędkością 50 km/h pod ten złowrogi znak po czym wszyscy odczytujemy ogromny, życzliwy komunikat:

„UTRUDNIEŃ BRAK”

Syndrom sztokholmski

Poszliśmy z Julką do kina na nową odsłonę „Pięknej i Bestii”. Film urzeka – śpiewane ma dużo, graficzne efekty powalają, kostiumy – pierwsza klasa. Ponieważ żyjemy w epoce niebieskiego „f” to pozwoliłem sobie zamieścić krótką recenzję dla znajomych. I oczywiście żałośnie starając się być oryginalnym napisałem, że jest to bajka o syndromie sztokholmskim. Bo trudno nazwać spontanicznym zakochanie, które zaczyna się od uwięzienia ofiary. Takie rzeczy są generalnie karalne a na pewno niewychowawcze.

Zatem, syndrom sztokholmski. „Zidentyfikowany” w latach siedemdziesiątych zespół zachowań zakładników którzy zaczynali współczuć i bronić tych, którzy ich pojmali. Nie ma nic wspólnego z terroryzmem – zaczęło się od napadów na banki w Szwecji (czasy Gangu Olsena niemalże) i relacji z przetrzymywanymi zakładnikami/więźniami. Opisane przypadki – bo miłość to choroba w końcu – mówiły o zakładniczkach które dołączały do gangu lub sprawy terrorystów.

Gdzie ta prawdziwa miłość uderzająca jak grom, gdzie swobodny rozwój relacji, gdzie ta, prawda, wolność będąca podstawą związku dorosłych ludzi? To nie mogłoby się naprawdę wydarzyć. Dzięki psychologizującym mądralom pokroju wczesnego Woody Allena wiemy, że to miało swoją nazwę, było jedynie afektem i behawioralną dysfunkcją – no na korzyść cierpiących na nią oddajmy, że nie endogenną a reaktywną. Ale „Piękna i Bestia” to nie jest opowieść o miłości bo prawdziwa miłość… itp. itd.

O tym że wracają czasy nieco surowsze, że stare pojęcia wypaczyły się tak dalece że nadciąga zmiana warty nie mam ochoty pisać bo to nie blog o polityce, ale szerszy kontekst wymaga czasem przedstawienia. Nic nie dzieje się bez przyczyny: określenie „liberalny” dziś nie oznacza tego, z czym ja identyfikowałem się wczoraj; powrót różniastych teologii nie wynika z niedostępności lub stopnia skomplikowania nauki lecz z tej nauki (instytucjonalnej jej części przynajmniej) wielokrotnej kompromitacji jako narzędziu w rękach wielkiego kapitału lub polityki; a powrót tęsknot i tendencji do narzucania woli w różnych dziedzinach wynika z utożsamianiem wolności z brakiem konsekwencji swoich działań.

Czy poniższe historie wpisują się w ten trend – sami oceńcie.

Ona szuka kogoś, umawia się na randki, zazwyczaj wychodzi nijak. Przypadkiem poznaje Jego. Zero chemii. Potem jadą na wspólny wypad na drugi koniec kraju i spędzają ze sobą mimo woli 8 godzin. No wiadomo, nie wstaniesz i nie wyjdziesz z samochodu jadącego 120 km/h. I po takim wyjeździe okazuje się, że w sumie całkiem fajny. I tak już bujają się ze sobą któryś rok.

Ona i on jeżdżą na patrolu. 12 godzin służby, zatrzymań, obserwacji i kto wie czego jeszcze. Właściwie co trzeba dodawać? Ile wspólnych „robót z puszki” nie kończyło się romansem? Policja, karetki – wszędzie gdzie trzeba razem spędzać regularnie te kilkanaście godzin coś się między ludźmi buduje. Coś głębszego, opartego na rozmowie, wspólnych kryzysach, triumfach i emocjach. Coś nie bazującego na żadnych oczekiwaniach poza zawodowymi. Nie skończy się jak w bajce bo i tak wszyscy umrzemy, ale przynajmniej wspomnienia będą bogatsze i zostaną na dłużej.

Syndrom sztokholmski?

Może tak, ale jeśli to jest przepis na pojawienie się czegoś więcej niż przelotnego zainteresowania to może warto wleźć do tej wieży i posiedzieć trochę w towarzystwie gadającego zegarka i inteligentnego źródła światła.

Dobre wychowanie

Problem wychowania jest opisywany na blogach praktycznie wszystkich rodziców, szczególnie tych młodych których dzieci jeszcze nie zdążyły pokazać czy są wychowane czy nie. Potem się okaże że nie ale rodzice zamkną na to oczy bo do tego czasu rozwiną już sobie syndrom sztokholmski. Ewentualnie uda im się wyrzucić dorosłego osobnika z zasranego gniazda.

W międzyczasie snują oczywiście różne rozważania. Bić czy nie bić? Karać czy nie karać? Pozwalać rywalizować czy uczyć współpracy? I takie tam inne debaty których dziecko nie rozumie bo ostateczny efekt i tak zależy od tego, ile czasu będzie przebywać z rówieśnikami na świeżym powietrzu.

Jako ojciec córki która – choć bardzo chce i się stara – nie mówi i nie chodzi mi te dylematy w większości są oczywiście obce. Jest jasne, że jej nie biję – nie dlatego, że bicie jest złe (problem dla mnie abstrakcyjny bo mam znacznie poważniejsze) ale dlatego, że w przypadku Julki nic by nie dało. Julka od urodzenia wycierpiała więcej bólu niż przypadałoby na trzy dorosłe osoby. Mieliście kiedyś skurcz łydki? A wyobrażacie sobie taki ciągły, nieustający skurcz wszystkich albo dużej części mięśni szkieletowych? Trwający kilka lat? Moja córka jak krzyczy to potrafi wykręcić 100 decybeli na wydechu, mierzone certyfikowanym miernikiem. Pozostałość po tamtych „wspaniałych” czasach kiedy nie przestawała krzyczeć.

Karanie takiej osóbki jest równie bezsensowne z tradycyjnego punktu widzenia. Bo co jej powiem? „Nie pójdziesz na podwórko”? No nie pójdziesz. Do kuchni też nie pójdziesz. Zrobiłbym wszystko żebyś poszła.

Oczywiście nie oznacza to, że wychowanie jest w tym wypadku niemożliwe czy niepotrzebne. Jest po prostu inaczej – nie wiem czy trudniej bo nie mam porównania. Ale nie piszę tego żeby narzekać – ten wstęp ma tylko pokazać że może być znacznie gorzej.

Czasami przecież jest tak, że nie ma czasu. Nie będzie „potem”. I wtedy dziecko ma kilka miesięcy albo lat na wykazanie – czy ma dobre serduszko czy też ma inklinacje do czynności wyczerpujących znamiona. I zarówno jedno jak i drugie nie ma nic wspólnego z wychowaniem.

Newark, Ohio. Szesnastoletnia dziewczynka – Alyssa – ma zdiagnozowaną białaczkę. Lekarze dają jej kilka miesięcy życia. Dziewczynka jest już duża – śmiało można powiedzieć że dorosła, biorąc pod uwagę jej „skompresowany” czas dojrzewania do świadomości śmierci – więc robi sobie listę rzeczy które by chciała w życiu jeszcze zrobić. I pewnie wyobraźnia podpowiada Wam teraz różne dziwne lub mniej dziwne rzeczy, jakich mogłaby chcieć szesnastolatka – może coś związanego z miłością czy erotyką, może egzotyczna wycieczka, może lot samolotem albo balonem albo bycie wyciągniętym na scenę na koncercie ulubionego piosenkarza. Tak to sobie zazwyczaj wyobrażamy. Alyssa wszelakowoż spełniła nieco inne marzenie.

Strzelić do człowieka z tazera.

Nie chodzi o te pieszczotki na baterię 9V których reklamy wyskakują czasami w okienkach pop-up. Czy te do kupienia w sklepach typu militaria.pl albo „Broń Dla Prawdziwych Mężczyzn (Po Pięćdziesiątce Z Wąsem) Bez Pozwolenia” które z kolei kiedyś okupowały marginesy programów telewizyjnych. Chodzi o Taser X26, policyjny elektroszoker który wystrzeliwuje dwie małe elektrody na kablach i puszcza przez nie prąd służący do natychmiastowego obezwładnienia nawet dużego, entoksykowanego mężczyzny.

Tego właśnie pragnęła młoda dama. Zajebać komuś prądem tak, żeby wył z bólu i nie wstawał. I to nie raz. Wiele razy. Przyznacie, że Paulo Coelho w „Weronika postanawia umrzeć” nie przewidział takiego rozwoju wypadków.

Niektórzy ludzie zareagują w sposób oczywisty. Spytają:
„OK, gdzie mam stanąć?”

W departamencie policji w Newark gdzie się udała natychmiast znalazł się ochotnik którego katowała przez cały dzień – aż wyszła z bananem na ryju jakby zjadła mufinkę.

Ale naturalnie część tak zwanego społeczeństwa wyraziła oburzenie. Jak można mieć marzenie, żeby zrobić komuś krzywdę? Czy to normalne? Co jest nie tak z tym dzieckiem?

Naturalnie trudno dyskutować z kimś kto zadaje takie pytania. Co jest z nią nie tak? Ma białaczkę – taki rodzaj nowotworu który buszuje w szpiku kostnym i generalnie zabija, no pewnie możnaby bardziej profesjonalnie to wyjaśnić ale chyba nie ma sensu komuś zadającemu takie pytanie. Czy to jest wystarczająco „nie tak”? Oczywiście nie – nie ma uzasadnienia dla tak niemoralnego czynu. To nienormalne i niemoralne. Czy to jest właściwe wychowanie?

Nie można z tym dyskutować. Ale należy się dziewczynce słowo obrony.

Bo przecież mogła taki taser kupić, podejść na ulicy do obcego i sponiewierać go bez pytania. Co by jej zrobili? Zabili? Pomijam już oczywiście że mogła kupić prawdziwą broń i zacząć strzelać do ludzi bez pytania. To nie to samo bo wiadomo – prąd daje więcej radochy. Ale już taki kabel od siły wpuszczony do basenu miejskiego bez pytania o zgodę? Nie kusi?

A ona zapytała czy może.

Wyobraźcie sobie co by było gdyby bracia Carnajew podeszli do organizatora maratonu w Bostonie i zapytali: „Mamy takie marzenie, żeby odpalić dwie bomby domowej roboty w tłumie widzów. Czy możemy?”

A organizator im na to: „Nie!”

Na co oni: „Acha. No to nie”. I nie odpalili by tych bomb.

Albo gdyby Harris i Klebold spytali się dyrektora Columbine High School czy mogą wejść na teren szkoły z bronią palną i pozabijać tylu napotkanych ludzi ilu się da. A pan dyrektor odpowiedziałby: „wiecie co, rozumiem Waszą tęsknotę ale nie zgadzam się”. A oni by wtedy nie weszli no bo się spytali, ale  pan dyrektor nie pozwolił.

Albo gdyby Adam Lanza spytał się mamy, czy może ją zastrzelić a potem pójść do podstawówki Sandy Hook i strzelać do małych dzieci a mama by mu odpowiedziała „wiesz co, nie. Najpierw zjedz obiad a potem porozmawiamy”. I nie poszedł by tak bez pytania strzelać bo mama nie pozwoliła a poza tym obiad rzecz święta.

Czy świat nie byłby lepszy, gdyby wszyscy byli tak grzeczni jak Alyssa i pytali się czy mogą kogoś zakatować prądem? A zawdzięczaliby to właśnie dobremu wychowaniu.

Metoda „na wnuczka”

Wieczór w Trójmieście, piątek wieczór. Normalni ludzie czeszą i oliwią swoje brody, golą wzgórki łonowe ewentualnie zakładają sukienki za setki lub tysiące złotych polskich produkowane w Pakistanie lub Bangladeszu przez dzieci za odpowiednik kilku – kilkunastu złotych dniówki. Naturalnie nikogo to nie obchodzi, nawet formalnie, bo mapa skali tragedii świata jest powszechnie znana i silnie skorelowana ze średnią zarobków. Ludzkie życie jest tyle warte, ile potencjalnie wydatków konsumpcyjnych może zrealizować.

Nienormalni ludzie pracują.

Wjeżdżamy w ciasną uliczkę pozastawianą samochodami, istny labirynt. Mina mi rzednie jak widzę, że będę musiał landarę wycofywać w ciemnościach przez ponad 100 metrów między samochodami bo za cholerę nie zawrócę. Idziemy na wizytę domową z pewną przemiłą młodą lekarką, nazwijmy ją Ela, która jest jeszcze taką chodzącą dobrocią i żywym wyobrażeniem ideału lekarza.

Wchodzimy, jest badanie i wywiad i zaczynają się pretensje do świata przemieszane z wymądrzaniem osoby w wieku przeciętnej teściowej/babci – czyli 60+. Ela nakierowuje rozmowę żeby ustalić skąd i czemu takie leki w takich dawkach i tak długo. I w ogóle tyle tych leków. Papiery jakieś są?

Usprawiedliwiam się i wychodzę. Wizja wycofywania się karetką przez to ucho igielne nie daje mi spokoju. Auto ma szeroko rozstawione osie, łuk skrętu taki że na stadionie musi kręcić bączki a w dodatku jest nowe i wszyscy są z niewiadomych powodów strasznie nerwowi jak się zażartuje o zarysowanym lakierze. Więc wycofuję i wracam po może 10 minutach.

Wchodzę do mieszkania, a tam scena jak z horroru. Ela – moja dobra, spokojna Ela – zachowuje się wobec pacjentki z rezerwą! Więcej – z wyraźnym wkurwem i wyraźnie się hamując kończy wizytę przekazując ostatnie zalecenia, powtarzając je kilka razy. Albercik, wychodzimy. O co kaman, pytam? No to Ela opowiada:

„Pytam się czemu tyle leków i tak długo. Nie potrafi odpowiedzieć. W końcu się rozpruła – nie chodzi na żadne kontrole lekarskie tylko dobra córeczka załatwia jej kolejne recepty. Potrafi nawet dzwonić do lekarzy wizytujących żeby powiedzieć, co trzeba im jeszcze wypisać bo się kończy. Zrobiła to nawet teraz – zadzwoniła do mamy i kazała mi dać siebie i podyktowała co ma być wypisane. Oczywiście nie wypisałam, ona nie powinna tak długo brać takich leków.”

Fajnie. Ta córeczka mogłaby zrobić karierę jako przedstawiciel farmaceutyczny albo handlarz narkotykami. W sumie z takim darem przekonywania to sam bym ją namówił na parę paczek Fentanylu na receptę, nigdy nie wiadomo kiedy ból istnienia w końcu okaże się przemożny. Ale serio, czemu tak?

„Bo ja nie mam czasu, bo ja się muszę wnuczkami zajmować, bo przecież córka nie ma ich z kim zostawić.”
Dzień w dzień od siedmiu lat. „Jak to dobrze, że są dziadkowie bo mamy taką pomoc”. Znana śpiewka, prawda?

Ciekawie zobaczyć jak nieświadomi są starsi rodzice wykorzystywani nawet przez 30-40 letnie dzieci. Metodą „na wnuczka”.

Lepszy rocznik

Poszedłem z córką Julką do kina. Była już kiedyś raz ale niewiele pamiętała bo miała bodajże 3 latka. Pamiętam, że wtedy była to bajka animowana, raczej głupia, kolorowa i pełna emocji niczym kolorowe czasopismo. Potem zabrałem ją raz ale nastąpiła awaria odtwarzacza i zrefundowali nam bilety. I te bilety mieliśmy właśnie do końca miesiąca więc trzeba było pójść.

Zaglądam w repertuar a tam: „Dzieci z Bullerbyn”.

No zajebiście, myślę sobie. Szwecja, tematyka o dzieciach, wsi i nierównościach społecznych. Będzie feministycznie,  dżenderowo, naturalistycznie i jeszcze obowiązkowo będzie bieda, chujnia i jakiś psychopatyczny morderca bo obecny nurt skandynawski to tego typu ciężkie klimaty. A w dodatku książkę czytałem dawno, kazali mi ją czytać w szkole więc nic dziwnego, że jej nie lubiłem. Potem natomiast Szwecja kojarzyła mi się tylko z postępowymi, nie golącymi nóg
intelektualistkami które skończyły na skandynawistykach i w najlepszym wypadku uczą obecnie polskich spawaczy na obozach językowych przed wyjazdem do pracy dla agencji tymczasowych. Szwecja i Skandynawia są dla mnie jak np. Jowisz – no ładne miejsce, ale nikt normalny tam nie mieszka. Jak można mieszkać w miejscu w którym przez pół roku nie ma dnia?

Ale nic innego w repertuarze nie było. Żadnych „Angry Birds” czy innych bajek, które zresztą Julkę nudzą. Dobra, myślę sobie – wziąłem dwa miejsca przy wyjściu i poinstruowałem dziecko, że jak się będzie nudzić to oczywiście wychodzimy. Julka przytakuje oczywiście ale jest podekscytowana, że idzie do kina – opinie starego ma w swoim małym nosku.

Wchodzimy, siadamy, rusza film. Prawie zero reklam – pierwsze zaskoczenie. No dobrze, czekamy na te mroczne klimaty rodem z Larsa von Triera… ale nic. Piękne plenery. Bardzo zgrabnie zmontowane sceny, zero teledysków tylko solidna praca kamerą i kadrem. W końcu widzimy aktorów – prawdziwe dzieci w wieku lat 7-9, jedno to w ogóle brzdąc trzyletni. Grają w swoim języku,
lektor czyta.

Patrzę na Julkę – pewnie już ma dosyć. Ona w ogóle telewizji nie ogląda, bajek jej nie puszczam bo nie ma po co. A ona siedzi jak urzeczona i patrzy jak dzieci mają kolejne przygody. Zafascynowana i w ogóle nie zwraca na mnie uwagi.

Patrzę na inne dzieci – niektóre dziewczynki młodsze od niej, wszystkie tak samo siedzą wpatrzone. Chłopcy też. No kurde co jest, czyżby naprawdę dzieci nie były takie głupie żeby je trzeba było karmić jedynie kreskówkami?

Oglądam dalej. Jakie fantastyczne tematy – pomysły na zabawy, wyprawy do rodziny, śmierć zwierząt gospodarskich i odchowywanie jednego, psikusy, opieka nad dziećmi. Ta ostatnia przewrotnie opowiedziana, bo jak wiadomo Olle bardzo chciał się zajmować swoją siostrzyczką Kerstin ale miał pracować tego dnia w oborze, dwie dziewczynki dostały Kerstin pod swoją opiekę ale co z tej ich opieki wyszło i jakie po tym miały wrażenia co do dzieci to wszyscy wiedzą a jak nie wiedzą to znaczy że nie czytali lektury. Olle nie tylko swoją siostrę kochał ale i kumał kiedy chce żreć a kiedy spać – wiedział to bo się nauczył, żadne tam „naturalne predyspozycje”.

Zacząłem się łapać na szukaniu nieścisłości w detalach. Wiecie – Szwecja rok 1928/29, miniaturowa osada ludzka na północy – czekam na wpadki. Ale gdzie tam. Sanie jadą odśnieżoną drogą? OK, ale nie ma śladów opon na tej drodze – tylko odciski sań i kopyt. Odzież dzieci rozbieranych do kąpieli (tak, tam są pokazane dzieci rozbierane, nawet Kerstin raz wyciągają nagusią z balii – „a media milczom!”) jest szyta według tamtejszych wykrojów i widać, że mieli fajne rozwiązania na kilkudziesięciostopniowe mrozy (kamizelka z tasiemkami mocującymi do spodenek, coby nie podciągało i nereczek nie owiewało – niezłe). Piec kaflowy w którym napalono, zasady wpojone dzieciom że przynajmniej jedno musi pilnować palących się świeczek – to wszystko oglądało się z jakąś taką nostalgią i tęsknotą, plus ogromnym szacunkiem za dbałość oddania detali historycznych. A najlepszą sceną jest ta, kiedy Lasse wpada do przerębla – dzieci (tak, małe dzieci – aktorzy; na planie miały dwie opiekunki wymienione w napisach końcowych) natychmiast organizują się zgodnie z zasadami ratowania na lodzie i wyciągają go. Cała scena nakręcona atrakcyjnie, jasno i z dbałością o detale. Można pokazywać na szkoleniach.

Oglądamy to z Julką i zaczynam wpadać w zachwyt. Jak to, rok 2016 a takie filmy Szwedzi robią? Gdzie tematy dyżurne? Gdzie von Trier? Gdzie smutek, beznadzieja i jakieś chore klimaty skrywane pod skandynawską rezerwą? To niemożliwe, żeby takie filmy powstawały dzisiaj w tych regionach!

Tknęło mnie jak zobaczyłem napisy końcowe. Takie żółte, staroświeckie. Wróciliśmy do domu i sprawdziłem w internecie. Tak jak myślałem – remasterowana wersja z 1987 roku. W latach osiemdziesiątych robili dobre rzeczy – Volvo serii 200, wahadłowce kosmiczne czy mojego brata. Ten film to jedna z tych rzeczy.

W pełni zdigitalizowany, poprawiona jakość obrazu i dźwięku – wyglądał naprawdę współcześnie. Niestety zbyt wyraźnie odstawała poziomem od współczesnej chujni serwowanej dzieciom. Na szczęście po minach Julki i reszty malców widać, że jeszcze są dzieciaki, które docenią takie kino.

W niedzielę idę z nią znowu.

 

Nowe przygody dzieci z Bullerbyn | Mer om oss barn i Bullerbyn | lektor
Szwecja, 1987, 95 min, (aktorski)
reżyseria: Lasse Hallström
scenariusz: Astrid Lindgren (tak – ona sama)

Gwałtowna kultura

Wieczór nad Zatoką. Chłód, wiatr, zapach morza i małe fale – tak krótkie że rzygam na samą myśl o żeglowaniu po nich – do tego zakwitające algi śmierdzące jak nieczyszczona kanaliza i obowiązkowo przynajmniej raz zapach marihuany. Po zapadnięciu zmroku tu i ówdzie można także wdepnąć w kochające się pary bardzo młodych ludzi, którzy prawdopodobnie seks na plaży znają tylko z „Dzikiej Orchidei” lub tego typu filmów. Nie rozumieją biedacy, że jest to równie realistyczne co fizyka manewrów i wypadków w „Szybkich i Wściekłych”. Szybciej skończy się obrażeniami ciała niż orgazmem, a jak ktoś nie rozumie to niech wyobrazi sobie silnik tłokowy w mechanizmie zatarcia. Słowo klucz – gładź cylindra w zapiaszczeniu.

Wyobraźcie sobie przeciętnego faceta – 176 cm wzrostu i tak z 90 kg masy na którą nie składają się niestety jedynie stalowej konstytucji mięśnie oj nie. Biegnie sobie tą plażą co drugi dzień, w tę i z powrotem razem tak z 5 km. To ja.

Jest tam takie miejsce – taki falochron jakby z kamieni usypany – na którym można poćwiczyć trochę i zawrócić. Taki Midway. Można i pomedytować jak ktoś ma naturę romantyka i mu te jebane algi nie przeszkadzają. Ja próbowałem ale pompki mi tam lepiej wychodzą. No i właśnie siedzę pomiędzy seriami, robię rzut oka dookoła i widzę że dobiega do tego miejsca też całkiem ładna dziewczyna. Wiek 20-30. wzrost 168 – 170 cm, masa około 50 – 55 kg, skóra gładka i dobrze ukrwiona. Ładnie zbudowana, nogi trochę mocne, na udkach może centymetr więcej tkanki niż żądają czasopisma modowe, ładna pyza. Generalnie ładna, fajna dziewczyna. Oczywiście opakowana w spandex (czy jak to gówno obcisłe do biegania się nazywa) niczym polędwica sopocka do transportu. Pewnie jej ubranie i buty warte były tyle co moja pensja – na pewno więcej niż moje, ale to nie jest trudne. Ludzie jak mnie widzą to się czasem dziwią, że bezdomni też biegają.

Kończę swoją serię i wracam te drugie dwa i pół kilometra. Z przodu i z tyłu nikogo. Trasa biegnie przez piasek, kamienie, zwalone pnie i wodę. Biegam więc odkąd pamiętam w butach wojskowych, takich za kostkę. Już nie raz mi tam stopa wykręciła się nie tak jak trzeba i gdyby nie ta cholewa wysoka to głośno krzyczałbym o pomoc patrząc na anatomicznie niepoprawnie ułożoną kostkę.

Wybiegam z tego najtrudniejszego odcinka zadowolony z siebie. A tu nagle wyprzedza mnie cichutko ta pani. Normalnie ninja, jeszcze cała w czerni.

Co tu robić? Ścigać się z nią? Bez sensu, jest z dekadę młodsza ode mnie, chyba nawet jeszcze nie rodziła i ma sprawniejszy układ krążenia i oddechowy. To ostatnie to wiem po tym że ona nie sapie a ja tak. Poza tym psychologia – ona mi pokazuje, że jest szybsza czyli jak ja zacznę się z nią ścigać to ona też przyspieszy. Padnę pierwszy a portale feministyczne będą tryumfować. Niedoczekanie wasze.

Zwolnić? No można by zadbać o jej dobrobyt emocjonalny. Niech dziewczę widzi że jestem dobrze wychowany a nie żaden tam apologeta kultury gwałtu. Ale w sumie nie, nie chce mi się – pierdolę, za stary jestem. Biegać tu przyszedłem a nie głaskać czyjeś emocje.

Pozostało mi jedno wyjście – gonić ją. Dystans około 5-7 metrów, motywator jest bo tyłek ma praktycznie na wierzchu, pora obudzić w sobie Bestię. Sięgam wyobraźnią po ten tyłek jęzorem żeby wysłać do podwzgórza podanie w trzech egzemplarzach o zastrzyk LH i FSH z przysadki, zapłacone ryczałtem, jeszcze mi przysługuje, fajnie. Tętno wzrasta, w uszach zaszumiało a w mózgu oprócz wizji co jej zrobię jak ją złapię poszło „Seven Nation Army” w remiksie Glitch Mob. OK, będę musiał uregulować tę przysadkę bo coś tam nie styka.

Zadziałało. Kilometr zrobiliśmy w stopniowo przyspieszającym tempie ale to nie była taka akceleracja jakbyśmy się ścigali. Ona biegnie, za nią biegnę ja. Powinna się oddalać ode mnie, a to sapanie za plecami ciągle tak samo głośne. Fajne – budzi pierwotne instynkty normalnie. Zaraz Cię dopadnę, ale jeszcze nie teraz.

Nie wiem czy się zmęczyła, czy postanowiła mnie przepuścić czy też w końcu stwierdziła, że zawiąże tego buta który jej się rozwiązał kilkaset metrów temu. W każdym razie nagle stanęła tuż przede mną, pochyliła się wpół wystawiając tyłek tak że już bardziej się nie da bez urazu wielonarządowego i…

No kurwa, co ty robisz?! – myślę. W ostatniej chwili ją ominąłem, pobiegłem dalej nawet nie patrząc. Pomijam zasady behape ale takie nagłe przerwanie pościgu zwyczajnie zabiło całą atmosferę. Z celu do osiągnięcia stała się w ciągu sekundy – i na sekundę – zwyczajną przeszkodą na drodze.

I teraz nie wiem. Czy wysnuć jakąś głęboką alegorię na podstawie tej przypowieści o gonieniu za niemożliwością, o rozpaczliwym poszukiwaniu miłości w świecie biegnącym coraz szybciej, o tym że motywujemy się głównie niezrozumieniem siebie nawzajem, brakiem komunikacji i samookłamywaniem się wizjami które od początku do końca są tylko w naszych głowach? I kiedy już te zakłamane cele osiągamy to okazują się tylko przeszkodami w dalszym biegu po nic?

Czy może po prostu uczciwie przyznać, że dopóki biegnie przede mną fajna dupa to daję z siebie więcej?

Znaczenia

Siedzę w ciemności słuchając oddechu mojej śpiącej córki i czuję jak z każdym jej oddechem ładuję akumulatory do następnego dnia. I choć zazwyczaj nie dopada mnie jakakolwiek głębsza refleksja na temat jej przyszłości to dziś po głowie łazi mi pytanie „kim ty będziesz jak dorośniesz?”.

Oczywiście to pytanie nie przyszło samo bo to wymagałoby ciszy, luzu, spokoju i zblazowania typowego dla innych niż moje domostwo warunków. Pytanie to pojawiło się podczas zakupów – jakże typowe dla konsumpcyjnej rzeczywistości.

Było tak:

Runda logistyczna po trójmiejskich sklepach dziecięcych – Pepco oczywiście, coś naprzeciwko gdzie miewają duże body i fajne kurteczki, Akpol. No i w Akpolu właśnie widzę wielką ścianę z Barbie.

Dziecko moje jest typu córka więc lubi lalki. Lubi lalki Barbie także, bo można je czesać i ubierać i bawi się nimi inaczej niż lalkami dzieci. Nie żeby dużo się tymi Barbie bawiła, w sumie to nawet trochę się martwię że w tym wieku nie chce ale to „martwię” to jest takie wiecie, z braku lepszego słowa napisane bo ja listę prawdziwych zmartwień to mam osobno zrobioną i tam nie ma nie tylko lalek Barbie ale także papierosów, seksu czy złych ocen z zachowania w szkole. Fajnie by było, jakby to były problemy.

Dla mnie akurat Barbie jest jeszcze w miarę do ogarnięcia bo to model człowieka w skali 1:6 o przerysowanych proporcjach ciała. Modelarstwo to coś co rozumiem więc jest jakaś płaszczyzna porozumienia. Lalki dzieci które Julka przytula to ja po prostu podnoszę fizjologicznie albo udrażniam im drogi oddechowe. Inna sprawa, że moja córka już przynajmniej jedną lalkę rehabilitowała – taką miała zabawę, rehabilitowała jej nóżki. No w sumie logiczne.

Stoimy sobie przed tą ścianą lalek Barbie, Steffie i czego tam jeszcze nie było i rozmawiamy moim monologiem co by można kupić na urodziny, w końcu to już za dwa miesiące. Oczywiście wziąłem w pierwszym odruchu lekarkę bo ma dwie lale (pani i dziewczynka), dodatkowo dziewczynka ma nóżkę w gipsie (wygląda jak orteza Julki) no i jest dużo gadżetów. Ale ostateczny wybór to jeszcze nadejdzie i dokona go mały beneficjent, nie ja.

I wtedy zobaczyłem napis na części ekspozycji z Barbie – takie napisy na każdej półce:

„Możesz być kim chcesz”

„Możesz być:
lekarzem
marzycielką
fashionistką
strażakiem
tajną agentką
syrenką”

I po raz pierwszy dotknął mnie ten legendarny „kompleks Barbie” która to przecież według producenta (Mattel) nie jest głupią lalką tylko ma głębokie wnętrze i służy do wychowywania pokoleń córek. Jak zryty trzeba mieć łeb, żeby coś takiego wymyśleć?

Bo zobaczmy po kolei.

„Możesz być kim chcesz” to typowy tekst rodziców, którzy już dokładnie dziecku życie zaplanowali. Ewentualnie jeśli nie masz zielonego pojęcia kim chcesz być to sobie możesz tak powiedzieć. Bo wiadomo, że niewiele dzieci odpowie z marszu „chciałabym być inseminatorem powiatowym w Zbąszynku”. Co skądinąd bardzo dobrze o dzieciach świadczy bo Zbąszynek jest gminą w powiecie świebodzińskim a nie siedzibą powiatu i wcale nie wiadomo, czy tam jest potrzebny inseminator na etacie.

„Możesz być lekarzem”
Tak, jeśli zdecydujesz się poświęcić 20 lat życia na naukę, ciężką pracę bez natychmiastowych efektów i życie osobiste polegające na spaniu. Plus Twoja rodzina generacyjna dobrze by było, żeby była bogata. Bo ktoś za życie w tym czasie płacić musi. Poza tym, ja kiedyś myślałem, że jak ktoś chce być lekarzem to chce pomagać ludziom. Nie jest tak. Wielu ludzi chce być lekarzem, żeby inni ich szanowali, żeby mieć właściwą pozycję społeczną. Nie będę wyrokował co przyświecało wizji firmy Mattel (producenta Barbie).

„Możesz być marzycielką”
Tak, i prawdopodobnie będziesz. Wychowana na grach komputerowych, filmach fantastycznych i książkach o cyklicznie powtarzalnej treści z ładnymi okładkami, będziesz przeżywała w swojej głowie fikcyjne historie które skutecznie zagłuszą Twoją umiejętność obserwacji rzeczywistości. Ale to dobra cecha. Przydaje się zarówno informatykom jak i pracownikom call-center. Generalnie wszystkim pracującym w wielkich korporacjach którzy nie chcą za bardzo wiedzieć, co robią, po co i czemu ten pestycyd pakujemy w puszki z których uwalnia się w postaci gazowej, przecież środki chwastobójcze rozpyla się inaczej ale nie będziemy pytać, robimy, pakujemy i wysyłamy do KLów.

„Możesz być fashionistką”
Wiecie, co to jest? Musiałem sprawdzić. To nie jest kreatorka mody, to bym rozumiał i pochwalał. Fashionistka to „miłośniczka mody ubraniowej, śledząca obowiązujące trendy, dbająca o to, żeby w jej szafie znajdowały się modne ubrania, buty i dodatki, często też publikująca zdjęcia w Internecie (np. na swoim blogu)” (za dobryslownik.pl).
Mogę przeklinać gdy coś mnie irytuje. Ale jak to przeczytałem to po prostu tępo patrzyłem w ekran. To się nie dzieje naprawdę. Nie ma takich zawodów. Rozumiem kurwa, złodziej, nawet celnik – to są zawody mimo wszystko potrzebne. Ale to?

„Możesz być strażakiem”
Powodzenia.
No dobra, możesz. Ale na pewno nie będziesz tak wyglądać po kilku latach zapierdalania w pierwszej linii w pełnym oporządzeniu. Widziałaś kiedyś zastęp strażacki 1 linii biegnący do pożaru? Do dziś mam kompleksy.
Słyszałem, że Mattel wypuszcza teraz 4 rodzaje Barbie o różnych proporcjach ciała (chuda, gruba, niepełnosprawna? i coś tam jeszcze). Może dopasują ciałka do wykonywanych zawodów?

„Możesz być tajną agentką”
Przy całym szacunku jaki mam do ludzi, którzy postanowili poświęcić wszystko – absolutnie wszystko – dla służby swojemu krajowi, to naprawdę nie jest to los jaki chciałbym zgotować swojej córce. Nawet biorąc pod uwagę, że gówno na ten temat wiem bo ci co wiedzą nie powinni o tym mówić.
A tu, zwróćcie uwagę, nie jest napisane CZYJĄ tajną agentką ma być. „Need to know basis”, „Na chuj drążysz”, tajny agent to tajny agent i tak czy tak jest zajebisty. Temu błyśniesz nóżką a temu strzelisz z lasera i misja wykonana, jest git, punkty na koncie są. Nie pytaj.

„Możesz być syrenką”
Oszalałaś? Ogarnięcie czego chcą chłopaki i zgranie tego z własnym cyklem miesiączkowym już jest dość trudne. Wolisz mieć tarło zamiast miesiączki? I własny basen może jeszcze? A jak skończysz 15 lat i będziesz miała tarło to lokalne trytony mam gonić z Twojego basenu czym, prądem czy ładunkami wybuchowymi? Kurde nie, przecież to idzie bezdotykowo, będę musiał rozpylać antykoncepcję w basenie. Może Kret w granulkach po uprzednim wywleczeniu Cię za kudły z wody i wywaleniu na kopach do swojego pokoju? A ten gówniarz co zapładniał niech lepiej sam stamtądy wylezie bo Kreta wleję nie patrząc czy on tam jest czy nie.
Masakra. Nie. Nie możesz być syrenką. I jak zobaczę łuski gdziekolwiek  poniżej dupy przeprowadzamy się do Sahary Zachodniej i zapisuję Cię do sekcji maratończyków.

Świat, który namalowało mi te kilka słów jest przerażający. Społeczeństwo kolorowych idiotów specjalizujących się w służebnych czynnościach, nie znających celu swoich działań, przyczyn ani tożsamości zlecających. Oderwani od rzeczywistości, bujający w obłokach kretyni. To nie jest świat jak go widzą dzieci, tylko wizja dorosłych jakie wzorce trzeba zaszczepiać kolejnym pokoleniom.

Gdzie Inżynierka? Ładny skrojony kostium, może dodatkowo jakiś strój polowy, laptop, telefon satelitarny, notes i jakaś kamera typu fusion (termowizja, dalmierz itp.)? Plus kilka klasyków – suwmiarka, przyrządy geometryczne, zawsze można pokazać przy zabawie do czego służą. No i kalkulator. Różne wersje strojów zależnie od branży (chemiczna, biotech, IT, elektroniczna, kosmiczna itp.).
Gdzie Bizneswoman czy Polityk? No aż się prosi o całą linię ładnych ciuchów?
Gdzie Pisarka? Nie blogerka tylko zwykła pisarka? Ciotowate ciuchy, rower na twarz, typowa przedstawicielka Starbucks’a ale przynajmniej COŚ ROBI!
Policjantka? Pilotka? Kierowca? Kosmonautka? Nauczycielka (ta akurat chyba jest)? Kreatorka mody wspomniana? Kurde, sam bym się pobawił niektórymi. Z córką rzecz jasna.
Czujecie, nie mam problemu z samymi lalkami typu Barbie. One nie służą dzieciom do budowania własnej tożsamości czy wzorów do naśladowania. One służą dziewczynkom do nauki dobierania kolorów, dodatków, wymyślania koncepcji ubrania – tak, żeby w przyszłości mogły ogarnąć w miarę tę modowo-stylową kuwetę wielkości Sahary. Ja wierzę, że dla nich to jest tak ważne jak dla nas pomachanie żelastwem. I jak chłopcy bawią się Action Man’em (ta sama skala) to nikt nie krzyczy, że te lalki mają takie proporcje jakby od trzech lat nakurwiały metkę z omką na siłowni a triceps był robiony specjalnie dla Żołnierzy Wyklętych. Nikt na to nie patrzy bo to są weberowskie typy idealne, które dzieci określają mianem „na niby” i nikt problemów nie robi. Ilu chłopców bawiących się Action Man’em (ja się nie załapałem, ale pamiętam „G.I.Joe”, były super!) ma dziś figurę kulturysty, jaja trzyma na pamiątkę w lodówce a przed wybuchem agresji chronią ich tylko duże ilości narkotyków? Mniej więcej tylu ile dziewczynek bawiących się Barbie ma anoreksję, 32 kg masy ciała a o cyklu miesięcznym słyszała tylko opowieści. Czyli może kilkoro, ale reszta wyrosła na w miarę normalnych ludzi.

Mam za to problem z dorosłymi ludźmi, którzy nadają tym zabawkom znaczenia. Zostawmy to dzieciom. Skoro potrafią nadać znaczenie patykowi i kamieniowi to z lalką też dadzą radę.

Samotność

Są takie dni, a wręcz tygodnie, które zaczynają się od trzęsienia ziemi a potem napięcie stopniowo narasta. Kumulacja rzeczy małych w lawinę której nie idzie zatrzymać, nie ma jak tego rozplątać, porady typu „zacznij od jednej rzeczy i rób stopniowo to dasz radę” są mniej więcej tak życiowe jak sugestia, żebyś odgarniał pojedyncze płatki śniegu przy lawinie. Duże tematy mieszają się z małymi i średnimi i wychodzą konstrukcje psychiczne tak dziwaczne że żaden psycholog nie chciałby tego słuchać. Zakładając, że chciałbym to jakiemukolwiek psychologowi powiedzieć.

Kojarzycie takie dni? Za co się nie weźmiecie, wszystko się spieprzy – a kolejka rzeczy ważnych i mniej ważnych z poprzedniego tygodnia rośnie. Aż się boję pisać ten tekst.

To są dni kiedy myślisz sobie: „Czy ja już zwariowałem, czy dopiero czeka mnie wybieranie schorzenia, na które mnie zamkną?” Jest dopiero wtorek. Trzeba uważniej dobierać bieliznę i skarpetki i częściej się myć, bo wylew albo zawał zbliża się jak nic a to wstyd przed ratownikami w takich dziurawych czy brudnych rzeczach się pokazać.

I w taki dzień, myślicie sobie, pewnie zaraz Kret opisze jakieś niezwykłe pozytywne zdarzenie. Jakąś otwierającą umysł iluminację. Chociaż spróbuje znaleźć coś motywującego w otaczającym go świecie, grafoman jebany.

Otóż nie, kurwa. Nic takiego nie miało miejsca. Siedzę w ekspresowej windzie do piekła i lecę w dół.

No dobrze, jest jeden pozytyw. W tym wpadającym w górne warstwy atmosfery UD-4L który ewidentnie leci na obchody masowej zbrodni na LV-426 (miesięcznica xenobójstwa) i nie zawróci na lotnisko zapasowe bo zamierza lądować we mgle – nie jestem sam. Widzę twarze przyjaciół którym na trzeźwo też już czasem odpierdala. Każdy ma jakiś swój poziom graniczny życiowego gnoju, który już dawno lub zupełnie niedawno został przekroczony.

Drogi Czytelniku nie zrozum mnie źle. Nie jestem Polakiem-katolikiem którego podstawowa mantra pocieszająca brzmi: „nie martw się, inni też mają chujowo albo gorzej”. Jak ma mnie kurwa pocieszyć fakt, że inni, a zwłaszcza bliscy mi ludzie, też cierpią? To się kumuluje a nie redukuje poprzez zniesienie zawiści.

Tak więc nie, nie znosi to mojego cierpienia ale przynajmniej daje jakąś tam siłę fakt, że nie jestem sam.

Jakiś czas temu zdarzyło mi się przeczytać kilka łzawych opisów tzw. samotnych matek. Oto samotna matka z szóstką dzieci ma jakiś problem prawny. Inna jest samotna i musi pracować na dwa etaty. Jeszcze inna wolała zostać samotną matką niż „znosić upokorzenia”.

Zastanawia mnie poziom głupoty jaki jest wymagany, żeby takie bajki traktować poważnie. OK, rozumiem potrzebę ekscytacji takimi historiami, to takie trochę pewnie pornole dla emocji. Ale nikt chyba poważnie nie wierzy, że historie opowiedziane w pornolach są prawdziwe? A jeśli są, to dziś pani w urzędzie zdecydowanie nie dopełniła swoich obowiązków…

Pomyślcie przez chwilę. Jak można być samotną matką i urodzić szóstkę dzieci? Pamiętacie, jak się robi dzieci? Nie samotnie. A może „odnajdywanie się w ramionach” a.k.a opierdalanie pęt (kwestia perspektywy jedynie) kolejnym tatusiom z nadzieją, że „jakoś to będzie”, to społecznie akceptowana forma radzenia sobie z samotnością? No OK, tylko kto pilnuje antykoncepcji i jakim cudem można popełnić ten sam błąd sześć razy?

Nie mówimy o wdowach, wdowy należy nazywać po imieniu i otaczać troską bo one nie są samotne ale zwyczajnie opuszczone. Ich mężowie zapewne żyją w ich sercach a żadne z nich rozpadu związku nie zainicjowało, o ile oczywiście mąż nie był np. motocyklistą w kryzysie wieku średniego ze zbyt ciężką ręką na manetce. Ale skoro już nie żyje to nie ma sensu mu wyrzucać, że był nieodpowiedzialny.

Samotna matka pracująca. Najlepiej na dwóch etatach. Kto opiekuje się dziećmi w tym czasie? Kto je wychowuje, żeby za jakiś czas nie stały się groźniejsze od dzikich psów? Mamusia? Tatuś? To co to za samotność jak jest takie wsparcie? Jeśli nie dorosłaś do życia samodzielnie to lepiej się nie rozmnażaj.

Czujecie jak idiotyczne społeczeństwo sobie zbudowaliśmy? Używamy słów, których nie rozumiemy. Więc pozwolę sobie zdefiniować, co to jest samotny rodzic.

Samotny to taki, który nie ma z kim zostawić dziecka jeśli musi pracować. Samotny to taki, który jak jest chory lub ranny to leży i patrzy na swoje bezradne dziecko. Samotny to taki, który albo się sam ogarnie albo umrze. A potem umrze dziecko. Nie ma absolutnie NIKOGO do pomocy. Wtedy jest samotność, rewers wolności.

Są takie matki i są tacy ojcowie. Ale gros łzawych historii to niestety ludzie, którzy nie uczą się na własnych błędach. Ludzie, którzy na randce z Tobą wprost powiedzą Ci „wiesz co, ja generalnie trafiam na samych dupków/idiotki” i oczekują – zupełnie bezrefleksyjnie – że będziesz im współczuć. Podczas gdy normalną reakcją powinno być zapłacenie rachunku, wstanie i wyjście z lokalu.

Trzymajcie się z dala od samotnych rodziców. Przynajmniej dopóki nie ustalicie ponad wszelką wątpliwość przyczyn tej „samotności”. Nie niszczcie sobie życia.

Romans w pracy

Nie wiem czy to romans w pracy czy tylko przelotna namiętność.

Miałem z nią dyżur do późna poprzedniego dnia. Z samego rana przyjechałem, porozmawialiśmy. Otworzyła się i uporządkowaliśmy sobie wszystko w środku.

Czy to wiosna, czy muzyka którą puściłem z jej odtwarzacza czy może efekt tego uporządkowania? Nie wiem. Ale wylądowaliśmy pod prysznicem. Solidne ciśnienie, na początku ostro potem z myjką. Solidnie się zziajałem, kiedy woda przestała płynąć.

Prysznic ujawnił kilka niedoskonałości ale mimo wszystko nie potrafię przejść obok niej beznamiętnie. Nawet pomimo tego, że już straciła sporo ze swojej pierwotnej mocy. Na Wielkopolską wjeżdża na dwójce.

Sprzątanie karetki to jednak coś więcej niż obowiązek. To rytuał.