Elewejtor picz

Zasadniczo jest tak, że człowiek ma jakichś sąsiadów. Jedni mają za sąsiadów  chujów, jak niejaka znajoma mi Agnieszka. Jej sąsiad był indywiduum tak zjebanym, tak bezmiernie złym, że kiedy nagle się w końcu wyprowadził Agnieszka poczuła pustkę egzystencjalną i dotkliwy brak. Nazywamy to syndromem sztokholmskim. Albo małżeństwem.

Moi sąsiedzi z dołu mieli jednak same zalety. Po pierwsze, byli głuchoniemi. Oczywiście wibracje wyłapują, więc balety z kurwami na ostrym basie odpadają, ale z racji mojej aktualnej sytuacji życiowej – i tak nie planowałem. Za to krzyk bólu mojej córki w pierwszych latach jej życia przynajmniej im nie spędzał snu z powiek.

Po drugie – byli głuchoniemi. Tak się składa, że ratownik medyczny musiał się uczyć polskiego języka migowego. Ale jak z każdym językiem – jeśli się go nie używa to się go zapomina. Więc jak tylko widziałem moją panią sąsiadkę to migałem jej „dzień dobry”. To powodowało, że ona mnie bardzo lubiła a także że byłem zachwycony sobą, jaki to ja jestem komunikatywny.

Potem był taki dłuższy czas, że ich nie widziałem. I któregoś dnia wchodzę na klatkę, a tam moja sąsiadka. Więc migam „dzień dobry” a ona mi odmiguje. I zaczyna coś mówić. Znaczy migać.

Spanikowałem. No wiadomo, jestem komunikatywny – znaczy umiem zamigać „dzień dobry”. Ale jak mam teraz odpowiedzieć? Przecież ja ledwo umiem kilka podstawowych zwrotów. No a nie zamigam jej „co słychać?” bo jeszcze nie złapie żartu…

Próbuję zatem trochę migać, ona trochę próbuje mówić. To niełatwe, – jedno nie słyszy co z siebie wydobywa a drugie nie pamięta jak się pokazuje słowa które zna. Pierwsze zdania poszły opornie, ale potem pojawiła się ta iskra zrozumienia, tak! Czujecie tą ekscytację, kiedy wasza cierpliwość zostaje nagrodzona, wasza znajomość obcego języka coś jednak znaczy i teraz w końcu będziecie mogli przekazać sobie jakąś nic nie znaczącą informację w ramach „elevator pitch” który z braku windy uskuteczniamy na klatce schodowej. Teraz dotrzemy do porozumienia, namiastki społecznej relacji przypieczętowanej jakimś frazesem. Tak jest od pokoleń, nie ma się co obrażać. Ważne, że się rozumiemy.

Jakiż to zatem nieistotny przekaz usłyszę? „Jak córka?”, „jak zdrowie?”
„Mój mąż umarł”.