Ważny komunikat

Od początku istnienia drogownictwa ta szlachetna dziedzina inżynierii jest dodatkowo nobilitowana licznymi odniesieniami do szeroko pojętego „życia” (tego o czym jako nastolatki rozmawialiśmy na gdyńskiej plaży). I faktycznie coś jest na rzeczy bo pomijając początek i koniec filmu „Terminator 2” motyw drogi pojawia się co chwila w utworach pisanych. Zatem i ja spróbuję – bo co mi w końcu szkodzi – przytoczyć kilka alegorii. Natchnieniem niech będzie trasa Gdynia – Bydgoszcz, kulturalnie A-jedynką bo w końcu stać mnie. Raz na miesiąc mnie stać.

Zaczynamy od wyjechania z ulic podrzędnych które dobrobyt życiowy załatał i wyprostował – ale oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy w tym dobrobycie tak po prostu się odnaleźli. Więc zamiast wykrotów, dziur i wybojów mamy co kilkanaście metrów progi zwalniające. Efekt dokładnie taki sam jak dziur w jezdni, zwłaszcza na zawieszenie, ale ponieważ w bogatym i cywilizowanym społeczeństwie nie wypada mieć dziur w jezdni – trzeba było znaleźć jakiś inny problem. Dokładnie jak choroby psychiczne mieszkańców Warszawy – jak już mają pracę i mieszkania to coś trzeba z tym dobrobytem zrobić.

Wyjeżdżamy na drogę prowadzącą do obwodnicy i liczymy że może uda się przyspieszyć nieco bo jednak córka tam czeka a to jakby nie patrzeć dwie godziny drogi. Ale byłoby za prosto. Tym razem wyjeżdża nam przed maskę – i skrupulatnie pilnuje aby nikt go nie wyprzedził – bordowy Tico z rejestracją GWE poruszający się z ZAWROTNĄ prędkością 35 km/h. Wiadomo, w mieście nie ma żartów. Skutecznie stajemy za tym kimś na każdych światłach a gdy w końcu uda nam się wjechać na drogę dwupasmową i rzucimy okiem na kierowcę oczom naszym ukaże się – a jakże – leciwa już para teściów spod Wejherowa która naprawdę wie lepiej jak powinniśmy jeździć. A także dokąd i kiedy.

Jedziemy obwodnicą w kierunku autostrady i kiedy wydaje nam się już, że drogę mamy w miarę ogarniętą pojawia się on – kolejny mistrz kierownicy, tym razem z rejestracją GPU ale dla odmiany wyznający zasadę, że lewy pas to nie kółko różańcowe. No proszę, puszczamy go a on blokuje się na zatorze tuż przed nami desperacko zmieniając pasy z lewego na prawy i pokazując, że to jakieś nieporozumienie bo on ma mercedesa kombi i może jechać szybciej niż te trzy samochody aktualnie wyprzedzające coś lewym pasem. Smród oleju do frytek wdziera się do klimatyzowanej kabiny, jestem pewien że na A1 go nie spotkam. Nie mylę się, za 20 PLN to on ma panie zatankowane na tydzień.

I w końcu autostrada. Ten spokój, ta kultura, ten wysoki próg wejścia. Normalnie elita. Naciskasz gaz i w końcu możesz jechać szybciej. Nieważne, że to co nazywają autostradą składa się z dwóch pasów i pobocza. Nieważne, że co kilka kilometrów napotykasz na wyprzedzające się TIRy. Ważne, że dołączyłeś do elitarnego grona użytkowników dróg ekspresowych płatnych. Mkniecie tą prostą, szybką ścieżką niczym pracownik SCC w Warszawie na umowie o pracę na czas nieokreślony. I kiedy już wydaje się, że nie może być lepiej – pojawiają się pierwsze oznaki kryzysu.

Najpierw odległość między wszystkimi pojazdami zaczyna się zmniejszać. Potem zaczynacie zwalniać. Ktoś już zapala awaryjne żeby ogłosić oczywiste. Wreszcie na horyzoncie ukazuje się ogromna tablica z kilkoma migającymi na żółto światłami. Ocho, będzie się działo. Zdjąć nogę z gazu, przygotować redukcje i hamulce, wyjąć komórki bo może wypadek. Ciasna kolumna przemieszcza się z prędkością 50 km/h pod ten złowrogi znak po czym wszyscy odczytujemy ogromny, życzliwy komunikat:

„UTRUDNIEŃ BRAK”