Syndrom sztokholmski

Poszliśmy z Julką do kina na nową odsłonę „Pięknej i Bestii”. Film urzeka – śpiewane ma dużo, graficzne efekty powalają, kostiumy – pierwsza klasa. Ponieważ żyjemy w epoce niebieskiego „f” to pozwoliłem sobie zamieścić krótką recenzję dla znajomych. I oczywiście żałośnie starając się być oryginalnym napisałem, że jest to bajka o syndromie sztokholmskim. Bo trudno nazwać spontanicznym zakochanie, które zaczyna się od uwięzienia ofiary. Takie rzeczy są generalnie karalne a na pewno niewychowawcze.

Zatem, syndrom sztokholmski. „Zidentyfikowany” w latach siedemdziesiątych zespół zachowań zakładników którzy zaczynali współczuć i bronić tych, którzy ich pojmali. Nie ma nic wspólnego z terroryzmem – zaczęło się od napadów na banki w Szwecji (czasy Gangu Olsena niemalże) i relacji z przetrzymywanymi zakładnikami/więźniami. Opisane przypadki – bo miłość to choroba w końcu – mówiły o zakładniczkach które dołączały do gangu lub sprawy terrorystów.

Gdzie ta prawdziwa miłość uderzająca jak grom, gdzie swobodny rozwój relacji, gdzie ta, prawda, wolność będąca podstawą związku dorosłych ludzi? To nie mogłoby się naprawdę wydarzyć. Dzięki psychologizującym mądralom pokroju wczesnego Woody Allena wiemy, że to miało swoją nazwę, było jedynie afektem i behawioralną dysfunkcją – no na korzyść cierpiących na nią oddajmy, że nie endogenną a reaktywną. Ale „Piękna i Bestia” to nie jest opowieść o miłości bo prawdziwa miłość… itp. itd.

O tym że wracają czasy nieco surowsze, że stare pojęcia wypaczyły się tak dalece że nadciąga zmiana warty nie mam ochoty pisać bo to nie blog o polityce, ale szerszy kontekst wymaga czasem przedstawienia. Nic nie dzieje się bez przyczyny: określenie „liberalny” dziś nie oznacza tego, z czym ja identyfikowałem się wczoraj; powrót różniastych teologii nie wynika z niedostępności lub stopnia skomplikowania nauki lecz z tej nauki (instytucjonalnej jej części przynajmniej) wielokrotnej kompromitacji jako narzędziu w rękach wielkiego kapitału lub polityki; a powrót tęsknot i tendencji do narzucania woli w różnych dziedzinach wynika z utożsamianiem wolności z brakiem konsekwencji swoich działań.

Czy poniższe historie wpisują się w ten trend – sami oceńcie.

Ona szuka kogoś, umawia się na randki, zazwyczaj wychodzi nijak. Przypadkiem poznaje Jego. Zero chemii. Potem jadą na wspólny wypad na drugi koniec kraju i spędzają ze sobą mimo woli 8 godzin. No wiadomo, nie wstaniesz i nie wyjdziesz z samochodu jadącego 120 km/h. I po takim wyjeździe okazuje się, że w sumie całkiem fajny. I tak już bujają się ze sobą któryś rok.

Ona i on jeżdżą na patrolu. 12 godzin służby, zatrzymań, obserwacji i kto wie czego jeszcze. Właściwie co trzeba dodawać? Ile wspólnych „robót z puszki” nie kończyło się romansem? Policja, karetki – wszędzie gdzie trzeba razem spędzać regularnie te kilkanaście godzin coś się między ludźmi buduje. Coś głębszego, opartego na rozmowie, wspólnych kryzysach, triumfach i emocjach. Coś nie bazującego na żadnych oczekiwaniach poza zawodowymi. Nie skończy się jak w bajce bo i tak wszyscy umrzemy, ale przynajmniej wspomnienia będą bogatsze i zostaną na dłużej.

Syndrom sztokholmski?

Może tak, ale jeśli to jest przepis na pojawienie się czegoś więcej niż przelotnego zainteresowania to może warto wleźć do tej wieży i posiedzieć trochę w towarzystwie gadającego zegarka i inteligentnego źródła światła.