Metoda „na wnuczka”

Wieczór w Trójmieście, piątek wieczór. Normalni ludzie czeszą i oliwią swoje brody, golą wzgórki łonowe ewentualnie zakładają sukienki za setki lub tysiące złotych polskich produkowane w Pakistanie lub Bangladeszu przez dzieci za odpowiednik kilku – kilkunastu złotych dniówki. Naturalnie nikogo to nie obchodzi, nawet formalnie, bo mapa skali tragedii świata jest powszechnie znana i silnie skorelowana ze średnią zarobków. Ludzkie życie jest tyle warte, ile potencjalnie wydatków konsumpcyjnych może zrealizować.

Nienormalni ludzie pracują.

Wjeżdżamy w ciasną uliczkę pozastawianą samochodami, istny labirynt. Mina mi rzednie jak widzę, że będę musiał landarę wycofywać w ciemnościach przez ponad 100 metrów między samochodami bo za cholerę nie zawrócę. Idziemy na wizytę domową z pewną przemiłą młodą lekarką, nazwijmy ją Ela, która jest jeszcze taką chodzącą dobrocią i żywym wyobrażeniem ideału lekarza.

Wchodzimy, jest badanie i wywiad i zaczynają się pretensje do świata przemieszane z wymądrzaniem osoby w wieku przeciętnej teściowej/babci – czyli 60+. Ela nakierowuje rozmowę żeby ustalić skąd i czemu takie leki w takich dawkach i tak długo. I w ogóle tyle tych leków. Papiery jakieś są?

Usprawiedliwiam się i wychodzę. Wizja wycofywania się karetką przez to ucho igielne nie daje mi spokoju. Auto ma szeroko rozstawione osie, łuk skrętu taki że na stadionie musi kręcić bączki a w dodatku jest nowe i wszyscy są z niewiadomych powodów strasznie nerwowi jak się zażartuje o zarysowanym lakierze. Więc wycofuję i wracam po może 10 minutach.

Wchodzę do mieszkania, a tam scena jak z horroru. Ela – moja dobra, spokojna Ela – zachowuje się wobec pacjentki z rezerwą! Więcej – z wyraźnym wkurwem i wyraźnie się hamując kończy wizytę przekazując ostatnie zalecenia, powtarzając je kilka razy. Albercik, wychodzimy. O co kaman, pytam? No to Ela opowiada:

„Pytam się czemu tyle leków i tak długo. Nie potrafi odpowiedzieć. W końcu się rozpruła – nie chodzi na żadne kontrole lekarskie tylko dobra córeczka załatwia jej kolejne recepty. Potrafi nawet dzwonić do lekarzy wizytujących żeby powiedzieć, co trzeba im jeszcze wypisać bo się kończy. Zrobiła to nawet teraz – zadzwoniła do mamy i kazała mi dać siebie i podyktowała co ma być wypisane. Oczywiście nie wypisałam, ona nie powinna tak długo brać takich leków.”

Fajnie. Ta córeczka mogłaby zrobić karierę jako przedstawiciel farmaceutyczny albo handlarz narkotykami. W sumie z takim darem przekonywania to sam bym ją namówił na parę paczek Fentanylu na receptę, nigdy nie wiadomo kiedy ból istnienia w końcu okaże się przemożny. Ale serio, czemu tak?

„Bo ja nie mam czasu, bo ja się muszę wnuczkami zajmować, bo przecież córka nie ma ich z kim zostawić.”
Dzień w dzień od siedmiu lat. „Jak to dobrze, że są dziadkowie bo mamy taką pomoc”. Znana śpiewka, prawda?

Ciekawie zobaczyć jak nieświadomi są starsi rodzice wykorzystywani nawet przez 30-40 letnie dzieci. Metodą „na wnuczka”.