Lepszy rocznik

Poszedłem z córką Julką do kina. Była już kiedyś raz ale niewiele pamiętała bo miała bodajże 3 latka. Pamiętam, że wtedy była to bajka animowana, raczej głupia, kolorowa i pełna emocji niczym kolorowe czasopismo. Potem zabrałem ją raz ale nastąpiła awaria odtwarzacza i zrefundowali nam bilety. I te bilety mieliśmy właśnie do końca miesiąca więc trzeba było pójść.

Zaglądam w repertuar a tam: „Dzieci z Bullerbyn”.

No zajebiście, myślę sobie. Szwecja, tematyka o dzieciach, wsi i nierównościach społecznych. Będzie feministycznie,  dżenderowo, naturalistycznie i jeszcze obowiązkowo będzie bieda, chujnia i jakiś psychopatyczny morderca bo obecny nurt skandynawski to tego typu ciężkie klimaty. A w dodatku książkę czytałem dawno, kazali mi ją czytać w szkole więc nic dziwnego, że jej nie lubiłem. Potem natomiast Szwecja kojarzyła mi się tylko z postępowymi, nie golącymi nóg
intelektualistkami które skończyły na skandynawistykach i w najlepszym wypadku uczą obecnie polskich spawaczy na obozach językowych przed wyjazdem do pracy dla agencji tymczasowych. Szwecja i Skandynawia są dla mnie jak np. Jowisz – no ładne miejsce, ale nikt normalny tam nie mieszka. Jak można mieszkać w miejscu w którym przez pół roku nie ma dnia?

Ale nic innego w repertuarze nie było. Żadnych „Angry Birds” czy innych bajek, które zresztą Julkę nudzą. Dobra, myślę sobie – wziąłem dwa miejsca przy wyjściu i poinstruowałem dziecko, że jak się będzie nudzić to oczywiście wychodzimy. Julka przytakuje oczywiście ale jest podekscytowana, że idzie do kina – opinie starego ma w swoim małym nosku.

Wchodzimy, siadamy, rusza film. Prawie zero reklam – pierwsze zaskoczenie. No dobrze, czekamy na te mroczne klimaty rodem z Larsa von Triera… ale nic. Piękne plenery. Bardzo zgrabnie zmontowane sceny, zero teledysków tylko solidna praca kamerą i kadrem. W końcu widzimy aktorów – prawdziwe dzieci w wieku lat 7-9, jedno to w ogóle brzdąc trzyletni. Grają w swoim języku,
lektor czyta.

Patrzę na Julkę – pewnie już ma dosyć. Ona w ogóle telewizji nie ogląda, bajek jej nie puszczam bo nie ma po co. A ona siedzi jak urzeczona i patrzy jak dzieci mają kolejne przygody. Zafascynowana i w ogóle nie zwraca na mnie uwagi.

Patrzę na inne dzieci – niektóre dziewczynki młodsze od niej, wszystkie tak samo siedzą wpatrzone. Chłopcy też. No kurde co jest, czyżby naprawdę dzieci nie były takie głupie żeby je trzeba było karmić jedynie kreskówkami?

Oglądam dalej. Jakie fantastyczne tematy – pomysły na zabawy, wyprawy do rodziny, śmierć zwierząt gospodarskich i odchowywanie jednego, psikusy, opieka nad dziećmi. Ta ostatnia przewrotnie opowiedziana, bo jak wiadomo Olle bardzo chciał się zajmować swoją siostrzyczką Kerstin ale miał pracować tego dnia w oborze, dwie dziewczynki dostały Kerstin pod swoją opiekę ale co z tej ich opieki wyszło i jakie po tym miały wrażenia co do dzieci to wszyscy wiedzą a jak nie wiedzą to znaczy że nie czytali lektury. Olle nie tylko swoją siostrę kochał ale i kumał kiedy chce żreć a kiedy spać – wiedział to bo się nauczył, żadne tam „naturalne predyspozycje”.

Zacząłem się łapać na szukaniu nieścisłości w detalach. Wiecie – Szwecja rok 1928/29, miniaturowa osada ludzka na północy – czekam na wpadki. Ale gdzie tam. Sanie jadą odśnieżoną drogą? OK, ale nie ma śladów opon na tej drodze – tylko odciski sań i kopyt. Odzież dzieci rozbieranych do kąpieli (tak, tam są pokazane dzieci rozbierane, nawet Kerstin raz wyciągają nagusią z balii – „a media milczom!”) jest szyta według tamtejszych wykrojów i widać, że mieli fajne rozwiązania na kilkudziesięciostopniowe mrozy (kamizelka z tasiemkami mocującymi do spodenek, coby nie podciągało i nereczek nie owiewało – niezłe). Piec kaflowy w którym napalono, zasady wpojone dzieciom że przynajmniej jedno musi pilnować palących się świeczek – to wszystko oglądało się z jakąś taką nostalgią i tęsknotą, plus ogromnym szacunkiem za dbałość oddania detali historycznych. A najlepszą sceną jest ta, kiedy Lasse wpada do przerębla – dzieci (tak, małe dzieci – aktorzy; na planie miały dwie opiekunki wymienione w napisach końcowych) natychmiast organizują się zgodnie z zasadami ratowania na lodzie i wyciągają go. Cała scena nakręcona atrakcyjnie, jasno i z dbałością o detale. Można pokazywać na szkoleniach.

Oglądamy to z Julką i zaczynam wpadać w zachwyt. Jak to, rok 2016 a takie filmy Szwedzi robią? Gdzie tematy dyżurne? Gdzie von Trier? Gdzie smutek, beznadzieja i jakieś chore klimaty skrywane pod skandynawską rezerwą? To niemożliwe, żeby takie filmy powstawały dzisiaj w tych regionach!

Tknęło mnie jak zobaczyłem napisy końcowe. Takie żółte, staroświeckie. Wróciliśmy do domu i sprawdziłem w internecie. Tak jak myślałem – remasterowana wersja z 1987 roku. W latach osiemdziesiątych robili dobre rzeczy – Volvo serii 200, wahadłowce kosmiczne czy mojego brata. Ten film to jedna z tych rzeczy.

W pełni zdigitalizowany, poprawiona jakość obrazu i dźwięku – wyglądał naprawdę współcześnie. Niestety zbyt wyraźnie odstawała poziomem od współczesnej chujni serwowanej dzieciom. Na szczęście po minach Julki i reszty malców widać, że jeszcze są dzieciaki, które docenią takie kino.

W niedzielę idę z nią znowu.

 

Nowe przygody dzieci z Bullerbyn | Mer om oss barn i Bullerbyn | lektor
Szwecja, 1987, 95 min, (aktorski)
reżyseria: Lasse Hallström
scenariusz: Astrid Lindgren (tak – ona sama)

2 myśli na temat “Lepszy rocznik”

  1. Klawa recenzja Krzychu!!! Całkiem niedawno skończyliśmy czytać z Lilą, normalnie tak zachęciłeś, że pójdę z małą obejrzeć 😉

    pozdro600

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *