Samotność

Są takie dni, a wręcz tygodnie, które zaczynają się od trzęsienia ziemi a potem napięcie stopniowo narasta. Kumulacja rzeczy małych w lawinę której nie idzie zatrzymać, nie ma jak tego rozplątać, porady typu „zacznij od jednej rzeczy i rób stopniowo to dasz radę” są mniej więcej tak życiowe jak sugestia, żebyś odgarniał pojedyncze płatki śniegu przy lawinie. Duże tematy mieszają się z małymi i średnimi i wychodzą konstrukcje psychiczne tak dziwaczne że żaden psycholog nie chciałby tego słuchać. Zakładając, że chciałbym to jakiemukolwiek psychologowi powiedzieć.

Kojarzycie takie dni? Za co się nie weźmiecie, wszystko się spieprzy – a kolejka rzeczy ważnych i mniej ważnych z poprzedniego tygodnia rośnie. Aż się boję pisać ten tekst.

To są dni kiedy myślisz sobie: „Czy ja już zwariowałem, czy dopiero czeka mnie wybieranie schorzenia, na które mnie zamkną?” Jest dopiero wtorek. Trzeba uważniej dobierać bieliznę i skarpetki i częściej się myć, bo wylew albo zawał zbliża się jak nic a to wstyd przed ratownikami w takich dziurawych czy brudnych rzeczach się pokazać.

I w taki dzień, myślicie sobie, pewnie zaraz Kret opisze jakieś niezwykłe pozytywne zdarzenie. Jakąś otwierającą umysł iluminację. Chociaż spróbuje znaleźć coś motywującego w otaczającym go świecie, grafoman jebany.

Otóż nie, kurwa. Nic takiego nie miało miejsca. Siedzę w ekspresowej windzie do piekła i lecę w dół.

No dobrze, jest jeden pozytyw. W tym wpadającym w górne warstwy atmosfery UD-4L który ewidentnie leci na obchody masowej zbrodni na LV-426 (miesięcznica xenobójstwa) i nie zawróci na lotnisko zapasowe bo zamierza lądować we mgle – nie jestem sam. Widzę twarze przyjaciół którym na trzeźwo też już czasem odpierdala. Każdy ma jakiś swój poziom graniczny życiowego gnoju, który już dawno lub zupełnie niedawno został przekroczony.

Drogi Czytelniku nie zrozum mnie źle. Nie jestem Polakiem-katolikiem którego podstawowa mantra pocieszająca brzmi: „nie martw się, inni też mają chujowo albo gorzej”. Jak ma mnie kurwa pocieszyć fakt, że inni, a zwłaszcza bliscy mi ludzie, też cierpią? To się kumuluje a nie redukuje poprzez zniesienie zawiści.

Tak więc nie, nie znosi to mojego cierpienia ale przynajmniej daje jakąś tam siłę fakt, że nie jestem sam.

Jakiś czas temu zdarzyło mi się przeczytać kilka łzawych opisów tzw. samotnych matek. Oto samotna matka z szóstką dzieci ma jakiś problem prawny. Inna jest samotna i musi pracować na dwa etaty. Jeszcze inna wolała zostać samotną matką niż „znosić upokorzenia”.

Zastanawia mnie poziom głupoty jaki jest wymagany, żeby takie bajki traktować poważnie. OK, rozumiem potrzebę ekscytacji takimi historiami, to takie trochę pewnie pornole dla emocji. Ale nikt chyba poważnie nie wierzy, że historie opowiedziane w pornolach są prawdziwe? A jeśli są, to dziś pani w urzędzie zdecydowanie nie dopełniła swoich obowiązków…

Pomyślcie przez chwilę. Jak można być samotną matką i urodzić szóstkę dzieci? Pamiętacie, jak się robi dzieci? Nie samotnie. A może „odnajdywanie się w ramionach” a.k.a opierdalanie pęt (kwestia perspektywy jedynie) kolejnym tatusiom z nadzieją, że „jakoś to będzie”, to społecznie akceptowana forma radzenia sobie z samotnością? No OK, tylko kto pilnuje antykoncepcji i jakim cudem można popełnić ten sam błąd sześć razy?

Nie mówimy o wdowach, wdowy należy nazywać po imieniu i otaczać troską bo one nie są samotne ale zwyczajnie opuszczone. Ich mężowie zapewne żyją w ich sercach a żadne z nich rozpadu związku nie zainicjowało, o ile oczywiście mąż nie był np. motocyklistą w kryzysie wieku średniego ze zbyt ciężką ręką na manetce. Ale skoro już nie żyje to nie ma sensu mu wyrzucać, że był nieodpowiedzialny.

Samotna matka pracująca. Najlepiej na dwóch etatach. Kto opiekuje się dziećmi w tym czasie? Kto je wychowuje, żeby za jakiś czas nie stały się groźniejsze od dzikich psów? Mamusia? Tatuś? To co to za samotność jak jest takie wsparcie? Jeśli nie dorosłaś do życia samodzielnie to lepiej się nie rozmnażaj.

Czujecie jak idiotyczne społeczeństwo sobie zbudowaliśmy? Używamy słów, których nie rozumiemy. Więc pozwolę sobie zdefiniować, co to jest samotny rodzic.

Samotny to taki, który nie ma z kim zostawić dziecka jeśli musi pracować. Samotny to taki, który jak jest chory lub ranny to leży i patrzy na swoje bezradne dziecko. Samotny to taki, który albo się sam ogarnie albo umrze. A potem umrze dziecko. Nie ma absolutnie NIKOGO do pomocy. Wtedy jest samotność, rewers wolności.

Są takie matki i są tacy ojcowie. Ale gros łzawych historii to niestety ludzie, którzy nie uczą się na własnych błędach. Ludzie, którzy na randce z Tobą wprost powiedzą Ci „wiesz co, ja generalnie trafiam na samych dupków/idiotki” i oczekują – zupełnie bezrefleksyjnie – że będziesz im współczuć. Podczas gdy normalną reakcją powinno być zapłacenie rachunku, wstanie i wyjście z lokalu.

Trzymajcie się z dala od samotnych rodziców. Przynajmniej dopóki nie ustalicie ponad wszelką wątpliwość przyczyn tej „samotności”. Nie niszczcie sobie życia.

Jedna myśl na temat “Samotność”

  1. Widzisz ty masz normalne patrzenie na swiat z perspektywy czlowieka odpowiedzialnego a nie lachociaga ktory nie wie wlasciwie skad sie wziela ta cala gromadka. Lecza mnie te historie. Gumki drogie nie sa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *