Służbowo. Na statek.

Tak dzisiaj wszedłem na pewną jednostkę pływającą.

Poczułem się jak w innym świecie i trochę jak w domu.

Musiałem umyć ręce w pomieszczeniu obok maszynowni. Zapach tego diesla i smarów przywołał wspomnienia z pracy na morzu.
Każdy chłopiec i każda dziewczynka urodzeni nad morzem powinni kojarzyć te zapachy, znać zasady ceremoniału morskiego i
wiedzieć co to wachty i co się na której robi (łatwiej je potem nauczyć porządku w domu). W końcu w mieście z którego
pochodzę każdy ma w rodzinie (bliższej lub dalszej) kogoś, kto pływa. Czasami też kogoś, kto nie wrócił.

Dziesięciu mężczyzn wystarcza, żeby wozić ładunki niewielkim statkiem po Morzu Bałtyckim i okolicach. Każdy z nich ciężko
pracuje. Dopiero rozmowa z nimi i obserwacja procesów przemysłowych, jakie zachodzą na takim małym w sumie statku pozwoliła
mi zrozumieć, czemu SAR robi tak dobrą robotę wyciągając tych ludzi z morza. Każdy wylot to potencjalnie mniej świeczek na
Bulwarze pod pomnikiem.

Ale ja nie o tym chciałem pisać, ja chciałem powiedzieć o żarciu.

Kuk zaprosił mnie na obiad. Uważam to za zaszczyt. Proste dwa dania – barszcz ukraiński i spaghetti. Podane elegancko ale
prosto. Trudno to opisać – jedzenie dobrze zrobione, brzuch po nim nie boli, sraczki nie ma. Podane na najzwyklejszych
talerzach, do tego nawet były skrojone ogórki czy papryczki w osobnych miseczkach. Naprawdę elegancko choć prosto, tak
normalnie. Żadnych fajerwerków, żadnych rozczarowań. Świetne jedzenie.

Zrobiłbym zdjęcie i modnie wrzucił ale padła mi bateria, więc musiałem opisać swój obiad.

Bardzo niechętnie schodziłem z pokładu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *