Znaczenia

Siedzę w ciemności słuchając oddechu mojej śpiącej córki i czuję jak z każdym jej oddechem ładuję akumulatory do następnego dnia. I choć zazwyczaj nie dopada mnie jakakolwiek głębsza refleksja na temat jej przyszłości to dziś po głowie łazi mi pytanie „kim ty będziesz jak dorośniesz?”.

Oczywiście to pytanie nie przyszło samo bo to wymagałoby ciszy, luzu, spokoju i zblazowania typowego dla innych niż moje domostwo warunków. Pytanie to pojawiło się podczas zakupów – jakże typowe dla konsumpcyjnej rzeczywistości.

Było tak:

Runda logistyczna po trójmiejskich sklepach dziecięcych – Pepco oczywiście, coś naprzeciwko gdzie miewają duże body i fajne kurteczki, Akpol. No i w Akpolu właśnie widzę wielką ścianę z Barbie.

Dziecko moje jest typu córka więc lubi lalki. Lubi lalki Barbie także, bo można je czesać i ubierać i bawi się nimi inaczej niż lalkami dzieci. Nie żeby dużo się tymi Barbie bawiła, w sumie to nawet trochę się martwię że w tym wieku nie chce ale to „martwię” to jest takie wiecie, z braku lepszego słowa napisane bo ja listę prawdziwych zmartwień to mam osobno zrobioną i tam nie ma nie tylko lalek Barbie ale także papierosów, seksu czy złych ocen z zachowania w szkole. Fajnie by było, jakby to były problemy.

Dla mnie akurat Barbie jest jeszcze w miarę do ogarnięcia bo to model człowieka w skali 1:6 o przerysowanych proporcjach ciała. Modelarstwo to coś co rozumiem więc jest jakaś płaszczyzna porozumienia. Lalki dzieci które Julka przytula to ja po prostu podnoszę fizjologicznie albo udrażniam im drogi oddechowe. Inna sprawa, że moja córka już przynajmniej jedną lalkę rehabilitowała – taką miała zabawę, rehabilitowała jej nóżki. No w sumie logiczne.

Stoimy sobie przed tą ścianą lalek Barbie, Steffie i czego tam jeszcze nie było i rozmawiamy moim monologiem co by można kupić na urodziny, w końcu to już za dwa miesiące. Oczywiście wziąłem w pierwszym odruchu lekarkę bo ma dwie lale (pani i dziewczynka), dodatkowo dziewczynka ma nóżkę w gipsie (wygląda jak orteza Julki) no i jest dużo gadżetów. Ale ostateczny wybór to jeszcze nadejdzie i dokona go mały beneficjent, nie ja.

I wtedy zobaczyłem napis na części ekspozycji z Barbie – takie napisy na każdej półce:

„Możesz być kim chcesz”

„Możesz być:
lekarzem
marzycielką
fashionistką
strażakiem
tajną agentką
syrenką”

I po raz pierwszy dotknął mnie ten legendarny „kompleks Barbie” która to przecież według producenta (Mattel) nie jest głupią lalką tylko ma głębokie wnętrze i służy do wychowywania pokoleń córek. Jak zryty trzeba mieć łeb, żeby coś takiego wymyśleć?

Bo zobaczmy po kolei.

„Możesz być kim chcesz” to typowy tekst rodziców, którzy już dokładnie dziecku życie zaplanowali. Ewentualnie jeśli nie masz zielonego pojęcia kim chcesz być to sobie możesz tak powiedzieć. Bo wiadomo, że niewiele dzieci odpowie z marszu „chciałabym być inseminatorem powiatowym w Zbąszynku”. Co skądinąd bardzo dobrze o dzieciach świadczy bo Zbąszynek jest gminą w powiecie świebodzińskim a nie siedzibą powiatu i wcale nie wiadomo, czy tam jest potrzebny inseminator na etacie.

„Możesz być lekarzem”
Tak, jeśli zdecydujesz się poświęcić 20 lat życia na naukę, ciężką pracę bez natychmiastowych efektów i życie osobiste polegające na spaniu. Plus Twoja rodzina generacyjna dobrze by było, żeby była bogata. Bo ktoś za życie w tym czasie płacić musi. Poza tym, ja kiedyś myślałem, że jak ktoś chce być lekarzem to chce pomagać ludziom. Nie jest tak. Wielu ludzi chce być lekarzem, żeby inni ich szanowali, żeby mieć właściwą pozycję społeczną. Nie będę wyrokował co przyświecało wizji firmy Mattel (producenta Barbie).

„Możesz być marzycielką”
Tak, i prawdopodobnie będziesz. Wychowana na grach komputerowych, filmach fantastycznych i książkach o cyklicznie powtarzalnej treści z ładnymi okładkami, będziesz przeżywała w swojej głowie fikcyjne historie które skutecznie zagłuszą Twoją umiejętność obserwacji rzeczywistości. Ale to dobra cecha. Przydaje się zarówno informatykom jak i pracownikom call-center. Generalnie wszystkim pracującym w wielkich korporacjach którzy nie chcą za bardzo wiedzieć, co robią, po co i czemu ten pestycyd pakujemy w puszki z których uwalnia się w postaci gazowej, przecież środki chwastobójcze rozpyla się inaczej ale nie będziemy pytać, robimy, pakujemy i wysyłamy do KLów.

„Możesz być fashionistką”
Wiecie, co to jest? Musiałem sprawdzić. To nie jest kreatorka mody, to bym rozumiał i pochwalał. Fashionistka to „miłośniczka mody ubraniowej, śledząca obowiązujące trendy, dbająca o to, żeby w jej szafie znajdowały się modne ubrania, buty i dodatki, często też publikująca zdjęcia w Internecie (np. na swoim blogu)” (za dobryslownik.pl).
Mogę przeklinać gdy coś mnie irytuje. Ale jak to przeczytałem to po prostu tępo patrzyłem w ekran. To się nie dzieje naprawdę. Nie ma takich zawodów. Rozumiem kurwa, złodziej, nawet celnik – to są zawody mimo wszystko potrzebne. Ale to?

„Możesz być strażakiem”
Powodzenia.
No dobra, możesz. Ale na pewno nie będziesz tak wyglądać po kilku latach zapierdalania w pierwszej linii w pełnym oporządzeniu. Widziałaś kiedyś zastęp strażacki 1 linii biegnący do pożaru? Do dziś mam kompleksy.
Słyszałem, że Mattel wypuszcza teraz 4 rodzaje Barbie o różnych proporcjach ciała (chuda, gruba, niepełnosprawna? i coś tam jeszcze). Może dopasują ciałka do wykonywanych zawodów?

„Możesz być tajną agentką”
Przy całym szacunku jaki mam do ludzi, którzy postanowili poświęcić wszystko – absolutnie wszystko – dla służby swojemu krajowi, to naprawdę nie jest to los jaki chciałbym zgotować swojej córce. Nawet biorąc pod uwagę, że gówno na ten temat wiem bo ci co wiedzą nie powinni o tym mówić.
A tu, zwróćcie uwagę, nie jest napisane CZYJĄ tajną agentką ma być. „Need to know basis”, „Na chuj drążysz”, tajny agent to tajny agent i tak czy tak jest zajebisty. Temu błyśniesz nóżką a temu strzelisz z lasera i misja wykonana, jest git, punkty na koncie są. Nie pytaj.

„Możesz być syrenką”
Oszalałaś? Ogarnięcie czego chcą chłopaki i zgranie tego z własnym cyklem miesiączkowym już jest dość trudne. Wolisz mieć tarło zamiast miesiączki? I własny basen może jeszcze? A jak skończysz 15 lat i będziesz miała tarło to lokalne trytony mam gonić z Twojego basenu czym, prądem czy ładunkami wybuchowymi? Kurde nie, przecież to idzie bezdotykowo, będę musiał rozpylać antykoncepcję w basenie. Może Kret w granulkach po uprzednim wywleczeniu Cię za kudły z wody i wywaleniu na kopach do swojego pokoju? A ten gówniarz co zapładniał niech lepiej sam stamtądy wylezie bo Kreta wleję nie patrząc czy on tam jest czy nie.
Masakra. Nie. Nie możesz być syrenką. I jak zobaczę łuski gdziekolwiek  poniżej dupy przeprowadzamy się do Sahary Zachodniej i zapisuję Cię do sekcji maratończyków.

Świat, który namalowało mi te kilka słów jest przerażający. Społeczeństwo kolorowych idiotów specjalizujących się w służebnych czynnościach, nie znających celu swoich działań, przyczyn ani tożsamości zlecających. Oderwani od rzeczywistości, bujający w obłokach kretyni. To nie jest świat jak go widzą dzieci, tylko wizja dorosłych jakie wzorce trzeba zaszczepiać kolejnym pokoleniom.

Gdzie Inżynierka? Ładny skrojony kostium, może dodatkowo jakiś strój polowy, laptop, telefon satelitarny, notes i jakaś kamera typu fusion (termowizja, dalmierz itp.)? Plus kilka klasyków – suwmiarka, przyrządy geometryczne, zawsze można pokazać przy zabawie do czego służą. No i kalkulator. Różne wersje strojów zależnie od branży (chemiczna, biotech, IT, elektroniczna, kosmiczna itp.).
Gdzie Bizneswoman czy Polityk? No aż się prosi o całą linię ładnych ciuchów?
Gdzie Pisarka? Nie blogerka tylko zwykła pisarka? Ciotowate ciuchy, rower na twarz, typowa przedstawicielka Starbucks’a ale przynajmniej COŚ ROBI!
Policjantka? Pilotka? Kierowca? Kosmonautka? Nauczycielka (ta akurat chyba jest)? Kreatorka mody wspomniana? Kurde, sam bym się pobawił niektórymi. Z córką rzecz jasna.
Czujecie, nie mam problemu z samymi lalkami typu Barbie. One nie służą dzieciom do budowania własnej tożsamości czy wzorów do naśladowania. One służą dziewczynkom do nauki dobierania kolorów, dodatków, wymyślania koncepcji ubrania – tak, żeby w przyszłości mogły ogarnąć w miarę tę modowo-stylową kuwetę wielkości Sahary. Ja wierzę, że dla nich to jest tak ważne jak dla nas pomachanie żelastwem. I jak chłopcy bawią się Action Man’em (ta sama skala) to nikt nie krzyczy, że te lalki mają takie proporcje jakby od trzech lat nakurwiały metkę z omką na siłowni a triceps był robiony specjalnie dla Żołnierzy Wyklętych. Nikt na to nie patrzy bo to są weberowskie typy idealne, które dzieci określają mianem „na niby” i nikt problemów nie robi. Ilu chłopców bawiących się Action Man’em (ja się nie załapałem, ale pamiętam „G.I.Joe”, były super!) ma dziś figurę kulturysty, jaja trzyma na pamiątkę w lodówce a przed wybuchem agresji chronią ich tylko duże ilości narkotyków? Mniej więcej tylu ile dziewczynek bawiących się Barbie ma anoreksję, 32 kg masy ciała a o cyklu miesięcznym słyszała tylko opowieści. Czyli może kilkoro, ale reszta wyrosła na w miarę normalnych ludzi.

Mam za to problem z dorosłymi ludźmi, którzy nadają tym zabawkom znaczenia. Zostawmy to dzieciom. Skoro potrafią nadać znaczenie patykowi i kamieniowi to z lalką też dadzą radę.

Samotność

Są takie dni, a wręcz tygodnie, które zaczynają się od trzęsienia ziemi a potem napięcie stopniowo narasta. Kumulacja rzeczy małych w lawinę której nie idzie zatrzymać, nie ma jak tego rozplątać, porady typu „zacznij od jednej rzeczy i rób stopniowo to dasz radę” są mniej więcej tak życiowe jak sugestia, żebyś odgarniał pojedyncze płatki śniegu przy lawinie. Duże tematy mieszają się z małymi i średnimi i wychodzą konstrukcje psychiczne tak dziwaczne że żaden psycholog nie chciałby tego słuchać. Zakładając, że chciałbym to jakiemukolwiek psychologowi powiedzieć.

Kojarzycie takie dni? Za co się nie weźmiecie, wszystko się spieprzy – a kolejka rzeczy ważnych i mniej ważnych z poprzedniego tygodnia rośnie. Aż się boję pisać ten tekst.

To są dni kiedy myślisz sobie: „Czy ja już zwariowałem, czy dopiero czeka mnie wybieranie schorzenia, na które mnie zamkną?” Jest dopiero wtorek. Trzeba uważniej dobierać bieliznę i skarpetki i częściej się myć, bo wylew albo zawał zbliża się jak nic a to wstyd przed ratownikami w takich dziurawych czy brudnych rzeczach się pokazać.

I w taki dzień, myślicie sobie, pewnie zaraz Kret opisze jakieś niezwykłe pozytywne zdarzenie. Jakąś otwierającą umysł iluminację. Chociaż spróbuje znaleźć coś motywującego w otaczającym go świecie, grafoman jebany.

Otóż nie, kurwa. Nic takiego nie miało miejsca. Siedzę w ekspresowej windzie do piekła i lecę w dół.

No dobrze, jest jeden pozytyw. W tym wpadającym w górne warstwy atmosfery UD-4L który ewidentnie leci na obchody masowej zbrodni na LV-426 (miesięcznica xenobójstwa) i nie zawróci na lotnisko zapasowe bo zamierza lądować we mgle – nie jestem sam. Widzę twarze przyjaciół którym na trzeźwo też już czasem odpierdala. Każdy ma jakiś swój poziom graniczny życiowego gnoju, który już dawno lub zupełnie niedawno został przekroczony.

Drogi Czytelniku nie zrozum mnie źle. Nie jestem Polakiem-katolikiem którego podstawowa mantra pocieszająca brzmi: „nie martw się, inni też mają chujowo albo gorzej”. Jak ma mnie kurwa pocieszyć fakt, że inni, a zwłaszcza bliscy mi ludzie, też cierpią? To się kumuluje a nie redukuje poprzez zniesienie zawiści.

Tak więc nie, nie znosi to mojego cierpienia ale przynajmniej daje jakąś tam siłę fakt, że nie jestem sam.

Jakiś czas temu zdarzyło mi się przeczytać kilka łzawych opisów tzw. samotnych matek. Oto samotna matka z szóstką dzieci ma jakiś problem prawny. Inna jest samotna i musi pracować na dwa etaty. Jeszcze inna wolała zostać samotną matką niż „znosić upokorzenia”.

Zastanawia mnie poziom głupoty jaki jest wymagany, żeby takie bajki traktować poważnie. OK, rozumiem potrzebę ekscytacji takimi historiami, to takie trochę pewnie pornole dla emocji. Ale nikt chyba poważnie nie wierzy, że historie opowiedziane w pornolach są prawdziwe? A jeśli są, to dziś pani w urzędzie zdecydowanie nie dopełniła swoich obowiązków…

Pomyślcie przez chwilę. Jak można być samotną matką i urodzić szóstkę dzieci? Pamiętacie, jak się robi dzieci? Nie samotnie. A może „odnajdywanie się w ramionach” a.k.a opierdalanie pęt (kwestia perspektywy jedynie) kolejnym tatusiom z nadzieją, że „jakoś to będzie”, to społecznie akceptowana forma radzenia sobie z samotnością? No OK, tylko kto pilnuje antykoncepcji i jakim cudem można popełnić ten sam błąd sześć razy?

Nie mówimy o wdowach, wdowy należy nazywać po imieniu i otaczać troską bo one nie są samotne ale zwyczajnie opuszczone. Ich mężowie zapewne żyją w ich sercach a żadne z nich rozpadu związku nie zainicjowało, o ile oczywiście mąż nie był np. motocyklistą w kryzysie wieku średniego ze zbyt ciężką ręką na manetce. Ale skoro już nie żyje to nie ma sensu mu wyrzucać, że był nieodpowiedzialny.

Samotna matka pracująca. Najlepiej na dwóch etatach. Kto opiekuje się dziećmi w tym czasie? Kto je wychowuje, żeby za jakiś czas nie stały się groźniejsze od dzikich psów? Mamusia? Tatuś? To co to za samotność jak jest takie wsparcie? Jeśli nie dorosłaś do życia samodzielnie to lepiej się nie rozmnażaj.

Czujecie jak idiotyczne społeczeństwo sobie zbudowaliśmy? Używamy słów, których nie rozumiemy. Więc pozwolę sobie zdefiniować, co to jest samotny rodzic.

Samotny to taki, który nie ma z kim zostawić dziecka jeśli musi pracować. Samotny to taki, który jak jest chory lub ranny to leży i patrzy na swoje bezradne dziecko. Samotny to taki, który albo się sam ogarnie albo umrze. A potem umrze dziecko. Nie ma absolutnie NIKOGO do pomocy. Wtedy jest samotność, rewers wolności.

Są takie matki i są tacy ojcowie. Ale gros łzawych historii to niestety ludzie, którzy nie uczą się na własnych błędach. Ludzie, którzy na randce z Tobą wprost powiedzą Ci „wiesz co, ja generalnie trafiam na samych dupków/idiotki” i oczekują – zupełnie bezrefleksyjnie – że będziesz im współczuć. Podczas gdy normalną reakcją powinno być zapłacenie rachunku, wstanie i wyjście z lokalu.

Trzymajcie się z dala od samotnych rodziców. Przynajmniej dopóki nie ustalicie ponad wszelką wątpliwość przyczyn tej „samotności”. Nie niszczcie sobie życia.

Romans w pracy

Nie wiem czy to romans w pracy czy tylko przelotna namiętność.

Miałem z nią dyżur do późna poprzedniego dnia. Z samego rana przyjechałem, porozmawialiśmy. Otworzyła się i uporządkowaliśmy sobie wszystko w środku.

Czy to wiosna, czy muzyka którą puściłem z jej odtwarzacza czy może efekt tego uporządkowania? Nie wiem. Ale wylądowaliśmy pod prysznicem. Solidne ciśnienie, na początku ostro potem z myjką. Solidnie się zziajałem, kiedy woda przestała płynąć.

Prysznic ujawnił kilka niedoskonałości ale mimo wszystko nie potrafię przejść obok niej beznamiętnie. Nawet pomimo tego, że już straciła sporo ze swojej pierwotnej mocy. Na Wielkopolską wjeżdża na dwójce.

Sprzątanie karetki to jednak coś więcej niż obowiązek. To rytuał.

Widzenie

Kiedy ktoś mnie zapyta o moje życie intymne to najpierw muszę sobie przypomnieć o co chodzi. Ostatni raz kobieta ściągała mi majtki w 2014 roku. To było w Lęborku na SORze, kobieta była pielęgniarką a zsunięta bielizna była niezbędna do wykonania zastrzyku domięśniowego z Hydrocortison’u. Po wszystkim majtki wróciły na swoje miejsce a ja wróciłem na poligon. Ta niezwykła sytuacja nauczyła mnie dwóch rzeczy – że jestem uczulony na sezamki i że w Lęborku jest SOR. I to całkiem fajny.

Oczywiście nie zawsze tak było bo w końcu Julkę zrobiłem i nawet mi wyszła, choć nie bez wypadku. Przed pojawieniem się jej i moją, że się tak wyrażę stabilizacją emocjonalno-seksualną (to taka stabilizacja jak pacjentów wiezionych do lodówki) istotnie zdarzały mi się gwałtowne i odwzajemnione porywy serca nawet na w naprędce poznanych niewiastach. Zawdzięczałem to bardzo prostej technice. Przed podrywem zdejmowałem okulary.

Słaby wzrok ma swoje zalety. Co prawda nigdy nie zostanę pilotem MiGa-29 czy nawet Dreamliner’a ale za to mniej wybrzydzam na drobiazgi, które w ostatecznym rozrachunku nie mają żadnego znaczenia. Bo ostateczny efekt o który mi chodzi i tak nie nadaje się do publikacji na fejsbuku. A chodzi o to, żeby wszyscy byli zadowoleni, a nie ładni. Ładni będą znowu rano jak się umyją, ubiorą, pożegnają i pójdą swoją drogą. Nic nie zaszło.

Ostrość widzenia czy postrzeganie barw nie ma przecież znaczenia po zmierzchu czy w ciemności. Tam liczy się ocena sytuacji, wykrycie ruchu i ustalenie, co przeciwnik ma jeszcze na sobie. A także gdzie ją bezpiecznie umiejscowić bo stół kuchenny z nożami na blacie luzem to średni pomysł choć na filmach to im zawsze jakoś bezurazowo wychodzi.

Weszło mi to w krew tak bardzo, że przestałem patrzeć na ludzi oczami. Oczy analizują szczegóły, które budują obraz całości. Ale estetyka i jej zgodność z obowiązującymi kanonami przestała mieć pierwszorzędne znaczenia. Nabrały natomiast znaczenia ton głosu, sposób mówienia i nade wszystko – sposób myślenia. Bo nawet sposób komunikacji nie świadczy jeszcze o człowieku źle. Są ludzie niewychowani, niepełnosprawni albo niezrozumiani którzy mimo wszystko są dobrymi ludźmi. Ale nie ma nic gorszego niż elokwentna, piękna, zmysłowa, doskonale zbudowana pogarda do wszystkiego co nie jest nim lub nią samą.

Nie mówcie mi nigdy, że „takiej byś z łóżka nie wygonił”. Ja bym jej nawet do niego nie wpuścił. Kontakt tylko werbalny z kimś takim powoduje, że czuję się brudny.

(poza tym, mówienie o seksie w trybie przypuszczającym to oznaka bezradności)

Służbowo. Na statek.

Tak dzisiaj wszedłem na pewną jednostkę pływającą.

Poczułem się jak w innym świecie i trochę jak w domu.

Musiałem umyć ręce w pomieszczeniu obok maszynowni. Zapach tego diesla i smarów przywołał wspomnienia z pracy na morzu.
Każdy chłopiec i każda dziewczynka urodzeni nad morzem powinni kojarzyć te zapachy, znać zasady ceremoniału morskiego i
wiedzieć co to wachty i co się na której robi (łatwiej je potem nauczyć porządku w domu). W końcu w mieście z którego
pochodzę każdy ma w rodzinie (bliższej lub dalszej) kogoś, kto pływa. Czasami też kogoś, kto nie wrócił.

Dziesięciu mężczyzn wystarcza, żeby wozić ładunki niewielkim statkiem po Morzu Bałtyckim i okolicach. Każdy z nich ciężko
pracuje. Dopiero rozmowa z nimi i obserwacja procesów przemysłowych, jakie zachodzą na takim małym w sumie statku pozwoliła
mi zrozumieć, czemu SAR robi tak dobrą robotę wyciągając tych ludzi z morza. Każdy wylot to potencjalnie mniej świeczek na
Bulwarze pod pomnikiem.

Ale ja nie o tym chciałem pisać, ja chciałem powiedzieć o żarciu.

Kuk zaprosił mnie na obiad. Uważam to za zaszczyt. Proste dwa dania – barszcz ukraiński i spaghetti. Podane elegancko ale
prosto. Trudno to opisać – jedzenie dobrze zrobione, brzuch po nim nie boli, sraczki nie ma. Podane na najzwyklejszych
talerzach, do tego nawet były skrojone ogórki czy papryczki w osobnych miseczkach. Naprawdę elegancko choć prosto, tak
normalnie. Żadnych fajerwerków, żadnych rozczarowań. Świetne jedzenie.

Zrobiłbym zdjęcie i modnie wrzucił ale padła mi bateria, więc musiałem opisać swój obiad.

Bardzo niechętnie schodziłem z pokładu.

Nieśmiałość

Wiosna jest. Fajnie by było się zakochać jak za młodu. W moim przypadku oznaczałoby to beznadziejne wodzenie wzrokiem,
wielokrotne próby podejścia, teksty z przysłowiowej dupy i w końcu obserwacja jak kolega zabiera „sprzed nosa” upatrzoną
pannę. No jak się głębiej zastanowię, to taki łańcuch wydarzeń wcale mnie nie kręci. Gdybym naprawdę miał od tego odmłodnieć
o dwadzieścia lat to oczywiście, bez namysłu. Ale jeśli mam się tylko POCZUĆ młodo, to pójdę na strzelnicę. Albo potańczyć.

Jestem i byłem nieśmiały. Jest to jedna z najgorszych przypadłości jaka dana jest człowiekowi.

Spytacie pewnie, czemu akurat nieśmiałość ma być najgorsza? Jest masa innych rzeczy które są chujowe, z rakiem czy paraliżem
znacznie bliżej czołówki, w której plasują się między innymi śpiewanie Izabeli Trojanowskiej po pijaku, przekonanie o
zasadności Obrony Terytorialnej w formie pospolitego ruszenia lekkiej piechoty czy bieliźniarki w zabudowie na wymiar.

Nieśmiałość jest straszna nie dlatego, że nie pozwala wyrwać upatrzonej panny (lub pana) bo to akurat zawsze jest trochę
loteria a poza tym czasami – jakże często – sukces w tak zwanym rwaniu okazuje się być w długofalowych skutkach
nieporównywalnie gorszy niż porażka. Nieśmiałość jest straszna bo zamyka nam usta i nie pozwala powiedzieć czegoś ważnego.
Czegoś, czego drugi raz możemy już nie powiedzieć.

Taka historia. On i ona. Jeżdżą do siebie, ona jest z Warszawy on nie, ona raczej dobrze ustawiona on tak sobie. Coś tam się
kręci, on szuka trochę pracy w tej Warszawie ale tak sobie to idzie. Któregoś dnia w czasie awantury ona oskarża jego o to,
że ma nieczyste intencje bo jest z nią tylko dla jej posagu (mieszkania). On bez słowa odchodzi bo dla uczciwego faceta taki
tekst to jak cios nożem. Ona płacze bo wcale pewnie nie tego chciała tylko była trochę pojebana, tak samo jak on. Potem długo
nie rozmawiają ze sobą. A potem życie pisze im swoje ścieżki i któregoś dnia on postanawia, że naprawi wszystko. Powie jej co
trzeba nie po to, żeby wrócić, ale żeby wyjść na czysto z tego wszystkiego. Dzwoni, umawiają się, cieszą się na to spotkanie.
Tylko, że ona umiera dwa dni przed czasem spotkania.

Tak po prostu, w jasny dzień, porządkując papiery na swoim biurku. Upada twarzą w te papiery i odchodzi. Udar.

Czasami życie nie daje drugiej szansy powiedzenia innemu człowiekowi czegoś ważnego. A nieśmiałość zabiera nam tę pierwszą.