Pierwiastki żeńskie

Stoję w aptece w pewnym szklano-aluminiowym raju pracowniczym w Gdańsku. Potem muszę odebrać Julkę z przedszkola i przewieżć na bombach do logopedy. Bierze mnie przeziębienie od wczoraj bo jak idiota postanowiłem uczesać się żyletką i wyjść bez czapki i szaliczka. Chcę kupić Zatoxin żeby jak coś się rozwinie to nie ruszyło zatok bo wtedy to leżę i kwiczę.

Czas zadaniowy T – 15 minut.

Dwa stanowiska sprzedaży. Przy jednym młoda korporacyjna matka dopytująca się co chwila o jakieś specyfiki więc to stanowisko skreślam. Przy drugim jakaś szczupła dziewczyna, wygląda na niezamężną a na pewno nieródkę więc spoko, może pójdzie szybko. Dwie panie rozmawiają ze sobą przez ladę ściszonym głosem jakby ta klientka kupowała co najmniej środki antykoncepcyjne albo globulki dopochwowe na grzybicę albo cholera wie co jeszcze. No i słyszę tak piąte przez dziesiąte:

„Taką kompozycję pierwiastków bym chciała, wie pani (…) . Żelazo na pewno i nie wiem co jeszcze (…)”

„mrumrumrumru, takie tam mamy mrumrumru”

No ja wiem co jeszcze, dobrze, jedz żelazo bo jesteś dziewczynką. Tam pewnie będzie też cynk, magnez, potas i sód. Spoko, mam piętnaście minut. Dobierz sobie odpowiednio, może ta Twoja chuda dupa trochę nabierze kształtów i nie będziesz taka anemiczna jak te wszystkie korporacyjne koleżanki twoje.

T – 12 minut.

„A ma pani wapń?”
„A wie pani, tam jest kilka rodzajów… mrumrumru”

OK, moja wina. O wapniu zapomniałem. Ale „kilka rodzajów wapnia”? Co ty jej tam babo oferujesz, izotopy?

T – 9 minut.

Z nosa mi cieknie i z prawego oka (chyba zawiało mi jakąś prawą zatokę albo ucho), chusteczki też bym kupił. Trochę już przebieram nogami. Jak mi jakiś mądrala zablokuje wyjazd to mogę się spóźnić.

„A ma pani selen?”
„A nie mrumrumru”

Co jest kurwa, jaki selen? Kim ty jesteś, Księżniczką Celestią? Selenu się zachciało? Babo, zjedz drożdży albo obrób mi pęto, w spermie jest większość selenu który ja przetwarzam. Serio. Jestem chory, czy ktoś to kurwa widzi? Facet z katarem? Macie pojęcie, że to jak chodząca bomba zegarowa?

T – 6 minut.

„mrumrumru i teraz jod mrumrumru”

JOD?! No kurde, nie oddychasz? Nad morzem żyjesz. Ile Ci tego jodu trzeba?

Dobra, wszystko fajnie ale jest trochę już słabo. Zostaje pięć minut a jesteśmy dopiero na pięćdziesiątym trzecim polu tablicy Mendelejewa. Widzę, że się starasz, ale do Ununoctium trochę jeszcze zostało. Możemy jakoś przyspieszyć, proszę?

Zero reakcji, nawet nie łypnęły. Tak pogrążone w tym szaleństwie zakupów że normalnie strach się bać. To dziewczynki, to nawet nie zaproponuję że mogłyby zrobić zapasy na giełdach światowych a np. wolfram i molibden kupić w prętach w jakimś metalskupie.

T – 2 minuty

„mrumrumru a wie pani, a czy sam fluor dostanę?”
„mrumrumru”

OK. To był punkt przegięcia. Ja pierdolę, fluor. Co będzie dalej? Bor, brom, arsen, miedź? „”Aniu, jak ty pięknie wyglądasz ale martwię się o twój poziom lantanowców”. „Słyszałaś kochana, że w Galerii Bałtyckiej jest teraz wielka wyprzedaż? Radon i technet za 20% ceny”. No ja pierdolę.

Wyszedłem. Poddałem się dwie minuty przed czasem. Pokonały mnie dwie wątłe korporacyjne dziuńki i tablica Mendelejewa którą traktowały jak galerię handlową.

Teraz siedzę na herbacie z sokiem malinowym, obczajam czy mam wystarczająco cebuli i gripex na zatoki. Znowu przez kobiety cierpię. Znowu bolesne doświadczenie, które nic a nic nie zbliżyło mnie do ich zrozumienia.

Ale przynajmniej już wiem, z czego się składają.

Jestem mizoginem

Do takiego wniosku doszedłem dzisiaj po południu. Nie rokuje to dobrze procesowi wychowawczemu mojej córki ale trudno, priorytetem i tak jest jej zdolność chodzenia i mówienia. Jak to załatwimy to już pewnie nie będę miał zbyt wiele czasu przed sobą na ustawianie jej życia, co jej pewnie na zdrowie wyjdzie.

Ta konstatacja dopadła mnie kiedy zestawiłem dwa zdarzenia – jedno z przeszłości niedalekiej i jedno z dziś po południu. Ale po kolei.

Kobold był tak miły, że po południu wybrał się z nami do lasu. Potrzebuję zawsze jakiegoś partnera do przekonania mojej córki do spaceru bo samemu to mnie robi jak chce – jeden uśmiech i leżę rozbrojony szybciej niż jakby mnie czwórka gdańskiego AT obrabiała (mam porównanie, pozdrawiam wszystkich funkcjonariuszy). Niestety nie chce jej się marznąć i męczyć więc zazwyczaj po prostu chce do domu. To niezdrowo, trzeba się dotleniać i próbować stawać przy drzewach. Ale jak ją przekonać, jak jest się samemu? Musi być backup.

Wracając do domu podjechaliśmy na zakupy po chlebek na grzanki „cztery sery”. Mam nowiutką kartę parkingową i mogę w takich sytuacjach stawać na kopercie, więc sobie stanąłem, wziąłem Julkę i poszedłem z nią do stacji wózeczków.

I teraz retrospekcja.

Kilka miesięcy temu idę z córką na wózku a jakaś starsza wymuskana pani patrzy się na Julkę (to była jakaś poczekalnia albo co) i pyta mnie: „a ona już nie powinna zrezygnować z wózeczka?”. Sam ton mnie jakoś wkurwił ale trzymam się i mówię grzecznie, że nie, nie może bo nie może chodzić. Na to „Ach!” jak stąd do Krakowa i już czuję tę ekstazę, bo jest jakaś tragedia którą takie stare kurwy się karmią – zazwyczaj w telewizji albo w poczekalni u lekarza. I zaczyna się wypytywanie oraz mądrzenie i wspominki, na które mam ochotę zareagować sierpem w wyrostek sutkowy. No ale nie wolno bo za to zapewniają dłuższe spa na koszt państwa.

Wracamy na parking dziś po południu. Podchodzę do stacji wózków (taka z wiatą, wiecie). Stoi tam nieźle ubrany menel. Twarz w normalnym kolorze, nawet ma okulary – znaczy inteligient. Spodnie miał jakieś bojowe w desert tan ale ogólnie to był żebrzący menel. Wsadzam przy nim Julkę do wózeczka a on do mnie z tekstem: „A może by pannica sama pochodziła?”

Wiecie, co mnie rozjebało? Moja reakcja. Zero agresji. Pełne zrozumienie – tak, rodzice w tych marketach wpierdalają swoje grube bachory do wózków bez żadnego pomyślunku zamiast kazać im chodzić. Tak, to jest uciążliwe dla wszystkich. Facet ma rację. I w dodatku mówi cicho i bez pretensji.

Odwracam się i mówię do niego z uśmiechem, bez sztuczności żadnej: „wie pan, gdyby mogła chodzić to zapewniam pana, że by chodziła”. Zero agresji i zero wkurwienia, może trochę smutno ten uśmiech mi wyszedł.

Druga rozjebka w ciągu minuty – jego reakcja.

„O kurwa przepraszam. Sorry. Nie mogę wszystkiego wiedzieć… przepraszam, kurwa”

I jak wychodziłem to gdzieś się ulotnił. Chciałem mu nawet powiedzieć że jest OK, spoko. Ale musiało mu być strasznie głupio.

Jak dla mnie ten menel miał więcej klasy niż ta stara raszpla. I to jest mój problem, nie jej. Jego rozumiałem a jej nie.

I pewnie nigdy nie zrozumiem.

Osobliwy przypadek kota Knursona

Kot Knurson był przeciętnie grubym kotem (nie mieścił się w umywalce ale mieścił się w wannie), który razem z dwoma innymi kotami mieszkał gdzieś na Żoliborzu. Usługiwało im troje, w porywach czworo ludzi. Dobry układ, spokojny. Kot Knurson był pieszczochem okrutnym.

Któregoś razu kot Knurson zeżarł coś dziwnego i posadził kloca w kuwetę tak śmierdzącego, że pozostałe koty goniły go z wrzaskiem. Smród był niewyobrażalny – normalne kocie gówno śmierdzi okropnie, ale to to była prawdziwa Hiroshima. Koty uciekły od Knursona, który chciał się z nimi bawić. Zabroniły mu też korzystać z drugiej kuwety. Ostracyzm, ban, foch, dąs i szlaban. Knurson był sam do końca dnia.

Ludzie natomiast skręcili pięciogramowego blanta, spalili go i dalej rozmawiali przy herbacie.

Jaki morał płynie z tej mrożącej krew w żyłach przypowieści?

Narkotyki są dla ludzi.

Dziś modne jest promowanie legalizacji broni palnej, ale ci sami ludzie jak słyszą słowo „narkotyk” to reagują prześmiesznie – takie trochę nadęcie, trochę strach a trochę oburzenie. Tak jakby jakikolwiek narkotyk był gorszy „per se” od urządzenia do zdalnego uboju ludzi.

Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem wesołkowatym usprawiedliwiaczem ogłupiających uzależnień, które Anglosasi określają mianem „recreational drug use”. Ale są takie chwile, gdy sytuacja się, mówiąc najogólniej, sknursoni – no choćby komuś na robocie urwie rękę – i będziemy chcieli doczekać jakoś do przyjazdu karetki albo do zabiegu operacyjnego. Do tego służą narkotyki. Moje narzędzie pracy.

Czy wiecie, skąd się wzięła heroina? W latach dwudziestych zeszłego wieku dzieci chorowały na choroby typu koklusz, dziś mocno wytępione szczepionkami, które to choroby charakteryzowały się uporczywym, męczącym kaszlem. Takim wiecie, trwającym godzinami, wyczerpującym dziecko tak że nie mogło samo usiąść. Firma Bayer, ta od aspiryny, zrobiła im wówczas syropek z opiatów i nazwała go „Heroin” na cześć małych bohaterów co już nie kaszlą po syropku. Jak to opiaty (morfina czy fentanyl) oprócz działania przeciwbólowego w małej dawce znoszą odruch kaszlu. Tak, heroina powstała jako lek dla dzieci. Bayer się tym chyba nawet chwali na swojej oficjalnej stronie.

Amfetaminę (choć to nie narkotyk) stosowano w latach pięćdziesiątych jako środek odchudzający. Inna sprawa, że do dziś działa rewelacyjnie. GHB – czyli pigułka gwałtu – to francuski anestetyk, ponoć średnio udany ale długo stosowany w ichniej służbie zdrowia. Morfina czy jej syntetyczny, sto razy mocniejszy odpowiednik – fentanyl – to dzisiaj standardowa zawartość saszetki z narkotykami w karetce albo na SORze.

Co do THC i jej „leczniczych” właściwości to akurat jestem sceptyczny. To nie jest jakieś fantastyczne panaceum a sposób jej reklamowania przypomina mi wypowiedzi pewnego „trybuna broni’ na temat broni palnej. Każdy powód jest dobry, żeby promować blanta, ale czy on naprawdę ma takie właściwości czy po prostu jest blantem i chcemy go już na legalu zajarać? Nie mam nic przeciwko, tylko przesadnie bym do tego medycyny nie mieszał. Ale ja się nie znam, te opinie wydają naukowcy.

Osobną kwestią moralną jest handel narkotykami. Pamiętam bardzo mądrą rzecz, jaką powiedział mój kolega (nie mam kolegów; to była tylko znajoma twarz): Handel bronią jest znacznie bardziej niemoralny niż handel narkotykami. Broń kupuje się w celu zrobienia krzywdy innej osobie; narkotyki kupuje się w celu zrobienia krzywdy sobie. Dlaczego zatem handlarze bronią, zwłaszcza instytucjonalni, cieszą się szacunkiem, podczas gdy handlarze narkotyków otoczeni są tak mroczną sławą? Bez sensu. I proszę nie przytaczać argumentu, że narkotyki sprzedaje się dzieciom – bo broń też można sprzedawać dzieciom, a poza tym dzieciom w szkołach sprzedaje się mnóstwo syfu, od cukru po gównoprawdę. To ostatnie – za moje podatki.

Na co dzień nie palę, nie piję, nie zażywam żadnych substancji powszechnie nazywanych narkotykami. Jednak gdyby sytuacja uległa gwałtownej knursonifikacji i dopadł by mnie na przykład zawał to wolałbym, żeby ktoś w okolicy był z morfiną żeby MONA rozpocząć, a nie ktoś z kadzidłem i modlitwą. Tym bardziej jak będę zdychał w męczarniach – poproszę raczej fentanyl dożylnie niż modlitwę dousznie.

Zdążycie ją zmówić.

 

(Ze względów bezpieczeństwa nazwisko kota zostało zmienione)

Starość

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego starych ludzi nikt nie lubi. W sumie to nie, nie zastanawiało mnie to nigdy bo traktowałem ich jak większość naszego społeczeństwa – czyli jak powietrze, jak niewidocznych. Jak zacząłem pracę w systemie ochrony zdrowia to nie dało się już ich nie zauważać (a także czuć i słuchać). Ale to nie może być cała prawda o tym nielubieniu, bo mam wielu kolegów którzy są brzydcy, śmierdzą i pierdolą głupoty a mimo wszystko są mi drodzy. Dobra, kolejna ściema – przecież ja nie mam kolegów. Na świecie żyje tylko kilku psychopatów tak popapranych, że pozostało im żerować jedynie na sobie nawzajem, ja jestem jednym z nich. Ale naprawdę są brzydcy i śmierdzą, zwłaszcza po treningu.

Tak naprawdę to słuchanie jest chyba najgorsze. Cewnikowanie pacjentki czy pacjenta 65+ to nie jest kompleksowe Spa dla zmysłów, ale też nie jest to jakaś niewiadomo jaka Hiroshima – w końcu ta praca na tym polega. Ale te ich przemyślenia… Połączenie haseł i frazesów, narzekanie na wszystko w oparach lekkiej do umiarkowanej choroby psychicznej.

I wieczna pretensja. No OK, w pracy to ja jestem obiektem tej pretensji. I szczerze, jakbym powiedział że system działa to już by koledzy zapukali na podstawie Art. 273 KK. (a co ja mówiłem? Że nie mam kolegów? No właśnie). W Polsce nie ma czegoś takiego jak geriatria – to nie jest mój pogląd tylko wniosek NIKu sprzed roku (https://www.nik.gov.pl/aktu…/nik-o-opiece-geriatrycznej.html). A opieka nad człowiekiem który rozpoczyna proces starzenia to opieka głównie psychologiczna – no dobra nie
tylko, ale w dużej mierze. Jesteś tak stary jak się czujesz, plus dochodzą problemy nam nieznane (np. jak zostać normalnym i nie myśleć o samobójstwie gdy po kolei wszyscy Twoi znajomi i przyjaciele umierają? Albo jak poradzić sobie z przeszłością która wraca a nikt z obecnie żyjących nie potrafi jej zrozumieć?).

Tak to widziałem do niedawna. Może dlatego, że dziadków w zasadzie nie miałem a moja babcia była rehabilitantką – szczupła, wysoka (no potem malała już oczywiście), i ostatniego typa wyrwała w wieku lat jakoś tak osiemdziesięciu. Przy czym strasznie się wstydziła przyznać bo to był gówniarz okrutny – raptem 65 lat czy coś takiego – więc odgadłem po tym że ożywiała się i unikała tematu dokładnie jak przeciętna nastolatka. Wyrehabilitowała go sobie po wylewie i miała. Było jej przykro jak umarł. A sama babcia zaliczyła może max 2 lata starości więc zestarzała się tak jak żyła – szybko i na maxa. Tyle wiedziałem o starości – jak większość normalnych ludzi podstawową wiedzę zdobywałem w rodzinie co mówiąc delikatnie nie wyczerpuje znamion statystycznej istotności przy badaniu zjawiska.

A, no i jeszcze dochodzi aspekt osobisty. Niezbyt mi pasuje towarzystwo wścibskich staruszek gapiących mi się na Julkę a tym bardziej pytających czemu ona na wózku, co jej jest albo czemu taka duża i na rękach? Jest też taka jedna która mnie atakuje pod śmietnikiem, że nie segreguję odpadów a przecież ona za to płaci. No kurwa franco jedna, sama sobie posegreguj – masz czas i nie ty płacisz tylko ja, wszak to „owoc żywota mojego je ZUS” a ty dostajesz z niego emeryturę. A może tęskno ci do tych czasów gdzie wbijałaś się do śmietników obserwowanych opozycjonistów albo bandytów (mi też mieszają się czasami nazwiska dzisiejszych polityków) i przepierdalałaś im odpadki żeby potem pisać raporty? Rozumiem to i podziwiam – dobra robota zawsze znajdzie moje uznanie, niezależnie od ideologii. Wtedy pewnie miałaś ciało bogini, przyspieszenie w pięć sekund do setki (znaczy 11 sekund na setkę bez zadyszki a następnie w pięć sekund polewałaś i waliłaś pierwszą setę) i wbijałaś takie skupienie na strzelnicy że twój oficer prowadzący oskarżał cię o oszukiwanie. Ale weź się odpierdol od moich śmieci! Albo masz – weź, tylko odpierdol się ode mnie stara kobieto bo ja tu próbuję jakoś na życiowych zakrętach wyrobić ciałem i umysłem które jeszcze mają relatywnie sprawny silnik, zawieszenie i sterowanie ale jak cię słucham to mnie zżera coś jakby rdza tylko bardziej stęchlizną i grzybicą zajeżdża.

No dobra, tak to wyglądało. Aż do pewnego dnia gdy wpadło zlecenie przewozu pacjentki wiek osiemdziesiąt plus z domu na badania. Karta zlecenia nie zawierała PESELu tylko datę urodzenia i był to rok 1930. Jedziemy z profeską i kulturą, na miejscu dwoje bardzo zadbanych ludzi (mogliby być moimi rodzicami) którzy wykazują autentyczne zatroskanie. Pani spokojna i pokorna, spokój na twarzy, zero mądrzenia się. Za pierwszym razem raczej pilnowałem jej podczas załadunku (trzy przesiadki przy jej kontuzji to było trochę uważania) więc nie przyjrzałem się, ale w drodze powrotnej już na spokojnie siedziałem z nią w przedziale medycznym i się przyjrzałem.

Tu mała dygresja, zapytacie zapewne dlaczego jadę w przedziale medycznym? Otóż dlatego, że jestem kierownikiem! Tak tak, karetka ma kierownika i kierowcę. Kierowca to ten który ma uprawnienia. Kierownik to taki debil który z jakichś powodów nie ma ważnej wkładki na pojazdy uprzywilejowane. Jak wszędzie – im masz mniejsze kompetencje, tym wyżej zajdziesz. Na szczęście w naszej karetce poza brakiem umiejętności prowadzenia pojazdu kierownik niewiele się różni od kierowcy jeśli chodzi o kompetencje medyczne. No przynajmniej jeszcze żadna karta zgonu nie ma w punkcie 18. mojego nazwiska obok np. Y84.9.

Patrzę na tą panią i myślę sobie, że ma bardzo równe i nawet ładne jak na swój wiek rysy. Włosy białe ale jeszcze całkiem gęste – jakbym był jej opiekunem tobym ją wziął do jakiegoś wizażysty i pierdolnął nową fryzurę, paznokcie też, a co (może zrobić ci takie „na harpię”, żeby zięć wiedział gdzie jego miejsce?). Potem może zakupy, torebka jakaś, buty – no coś by się z tobą jeszcze zrobić dało. Nawet potańczyć byśmy mogli bo co prawda jesteś teraz na wózku ale mi zabawa na wózkach nie jest obca, oj nie. A do Franka Sinatry musiałaś nieźle kręcić tym i owym – można by powtórzyć. W końcu jak zobaczyłem na koncercie Cesarię Evoreę jak się rusza (a już ledwie się ruszała) to chciałem ją zaprosić na kawę a ona jest w twoim wieku. Ale wiesz, nie wyszło bo w Trójmieście nie ma dobrej kawy a ona musiała wracać na Kubę, rozumiesz…

No i ja tak myślę jak tu zagadać a ona mi nagle takim tekstem:

„Ale oni mają ze mną problemów… Niepotrzebne to wszystko”

Noż kurwa!

Świadomość jej stanu psychicznego pierdolnęła mnie jak nieuważny student pierwszego roku ratownictwa naładowanym defibrylatorem. Jak bardzo trzeba się czuć śmieciem, kawałkiem zepsutego mięsa, żeby myśleć o sobie jedynie jak o problemie? Nie, nie tak jak dzisiejsze emo – JestęNikimAlePatrzNaMniePocieszajIWspółczujBoTakNaprawdęJaJaJA! – tylko tak autentycznie jak odpad. F32 jak nic, a może nawet F33. U człowieka, który nie wygląda jakby się całe życie nad sobą użalał.

Nie wiedziałem co jej odpowiedzieć więc mówię tylko: „Proszę pani, to naturalna sprawa i nikt pani łaski nie robi. Pani się nimi opiekowała jak byli mali, teraz oni opiekują się panią”. No bo co miałem powiedzieć? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem przecież, a poza tym za dziesięć minut robimy ten adres i koniec roboty, więcej przecież cię nie zobaczę, prawda?

Nieprawda. Tydzień później dostajemy kolejne zlecenie i znowu wieziemy tę panią. Dobra, myślę – teraz zagadam. Jadę w przedziale medycznym, pani ładnie zapięta, kocyk równo ułożony, ciepło?-ciepło, no to pytam. Najpierw o jakieś pierdoły, potem o dzieci. Powiedziałem jej o Julce, jej reakcja była zatroskana ale spokojna – widać, że swoje w życiu widziała, pewnie widzi moją przyszłość jako analogie do niejednej historii jaką widziała. Pytam o dzieci – miała czworo. Jedno przeżyła. Ma też dwanaścioro wnuków i ośmioro prawnuków. Fajnie się gadało. Serio. Żałowałem, że dojechaliśmy.

24 ludzi. Wyprodukowała dwadzieścioro czworo ludzi. To jest pluton, czyli można by ich zorganizować tak, że zawsze ktoś jest na warcie, zawsze ktoś pracuje i zawsze ktoś odpoczywa. Tyle ludzi wystarczy do obsługi żaglowca. Ale tam, żaglowca – tyle wystarczy do obsługi szpitala. Albo lotniska. Małych bo małych, ale zawsze. Dobra, zaryzykuję herezję – tyle ludzi i nowoczesny system komputerowy wystarczyłyby do zarządzania miastem. Jak dla mnie to ona nie powinna już pracować a w uczciwym społeczeństwie powinna za to dostać kasę – za swoje dzieci i prowizję za wnuki i prawnuki, tak jak to działa w każdym uczciwym handlu i produkcji.

I ona się czuje problemem? Gdzie w tym całym układzie jest błąd? Szukam, myślę, nie znajduje. Spać mi nie daje ta rozmowa choć pacjentka już dawno odwieziona, temat zamknięty, kasa rozliczona.

Jeden człowiek sprowadza na świat dwadzieścioro czworo ludzi – tak po prostu, bo taki jest cykl życia. I ten człowiek nie ma dla siebie zupełnie szacunku! Czy to dlatego, że my ich nie szanujemy? No dobrze, ale kto był najpierw – my, czy oni? Oni. Więc skąd wzięliśmy tę pogardę dla starszych? Od kogo się jej nauczyliśmy?

Może to trochę ich wina? Traktując się w ten sposób, myśląc tak o sobie sami napędzają tę machinę samospełniającej się przepowiedni? O, to jest to – obwinianie ofiary zawsze na propsie. Dobra, przesadzam – oni też mają w tym swój udział. Ale to my możemy to zmienić.

W którym momencie psychozy i demony towarzyszące starości i strachu przed nią tak zmieniają człowieka, że nie możemy na niego/nią patrzeć? I czemu właściwie nie możemy wprowadzić normalnej, systematycznej i systemowej opieki geriatrycznej nad naszym społeczeństwem? Odciągnąć ich trochę od demonów starości, dać poczucie wartości? A wtedy może zamiast pierdolić niektórzy zaczną mówić rzeczy, które naprawdę warto sobie przyswoić i zapamiętać. Bo starsi ludzie są pamięcią nas wszystkich i wymazywanie tej pamięci co pokolenie kończy się różnymi modami na „prawdy historyczne” zamiast budowaniem spójnej, historycznej tożsamości.

I w ogóle nie „ich” tylko „nas” przecież. My jesteśmy nimi, nasze dzieci będą nami.

Ale o czym ja mówię, to by wymagało reformy NFZ i ZUS. Weź złap złotą rybkę i powiedz jej: „Chcę zrozumieć kobietę. Albo nie, chcę reformy ZUS i NFZ tak żeby działały”.

Po chwili milczenia rybka odpowie:

„Kobiety naprawdę nie są takie skomplikowane. Posłuchaj…”

(Wszystkie dane oddanych mi pod opiekę pacjentów oraz wszystkie informacje dotyczące ich stanu są w moich tekstach zmienione)

Bieliźniarka

Gdybym miał wymienić jeden najbardziej niepotrzebny mebel w domu to byłaby to bieliźniarka. No kurwa, kto to wymyślił? Szafka bez półek za to z poprzeczną na stałe wbitą dechą która uniemożliwia włożenie tam czegokolwiek.Nie włożysz tam plecaków, toreb, skrzynek narzędziowych czy nawet ubrań, bo niewygodnie – albo nie wchodzą bo szpara za mała albo giną gdzieś na dole a Ty nie masz nawet oglądu stanu szafki. Generalnie konstrukcja przypomina dyspenser na rękawiczki albo serwetki ale umówmy się, żaden dyspenser nie ma rozmiarów szafki. Co w mieszkaniu 35 m2 ma cholerne znaczenie.

Bez sensu.

Jako, że moje mieszkanie kupiłem z zabudową na wymiar, to staram się nie zmieniać zbyt wiele bez generalnego remontu. No i była tam właśnie taka bieliźniarka i choć dałoby się ją wywalić to nie bardzo mam pomysł jak zagospodarować dziurę. W efekcie trzymałem tam pierdolnik typu wkłucia, mniejsze torby medyczne czy worki na zwłoki (nieużywane są świetne do wożenia dziecka za sobą po ziemi, naprawdę fajna zabawa – mała to uwielbia).

Od jakiegoś czasu jestem w trakcie porządkowania życia i przestawiania mieszkania w tryb rodziny radioaktywnej (rozszczepiona nuklearna czyli 2 plus 1). Dzięki jednemu z kolegów sporo sprzętu używanego gdzie indziej znalazło już godny dom gdzie może do woli rozmawiać z dużą ilością ciekawych grzybów naściennych i nagle moje mieszkanie zaczęło przypominać trochę bardziej miejsce do życia a trochę mniej magazyn. Co za tym idzie zacząłem eksperymentować z zastosowaniem niektórych mebli na potrzeby inne niż przechowywanie sprzętu medycznego. Wiecie – nagle okazuje się, że można używać więcej niż dwóch półek na ubrania, dziecku można rozsądnie porozkładać ubranka i zabawki a ręczników i pościeli nie trzeba upychać w jednej półce.

Nie żeby taka ilość wolnego miejsca była efektem czegoś dobrego, ale skoro już się stało to trzeba to jakoś porozkładać.

No i przymierzam. Ubranka Julki – bez sensu. Plecaki medyczne – nie wchodzą, za duże. Gry, zabawki – nie ma jak wyjąć potem. Naprawdę, nie ma głupszego wynalazku niż bieliźniarka. No OK – pomijając białą kredkę. Tą wymyślono chyba na chloropromazynie popijanej burbonem.

W końcu wkurwiony wyczyściłem dokładnie dno i wsadziłem tam pościel, kołdry i poduszki. Weszły zaskakująco gładko. Kurde, całkiem pojemna ta szafka. Całkiem sensownie przemyślany taki „dozownik na kołdry”. Wyciąga się – w sumie banalnie. Nie no, fajne. Ma sens.

Nie znoszę gdy instrukcja obsługi ma rację. To mi rysuje ego.

O tym jak raz piłem alkohol

Szanowni Czytelnicy, w swoich listach i kartkach pocztowych z całego świata zasypujecie mnie pytaniami:
Jak samotny ojciec może pić alkohol? – ustami; czopki są kłopotliwe podczas picia z kolegami, weź wypij bruderszafta czopkami – w co całować?

Co to za patologia? – samotny ojciec to patologia sama w sobie; dziecko powinno mieć dwoje kochających rodziców, ja jestem i pewnie zostanę patologią;

Gdzie byli rodzice? No właśnie rodzic sam się zastanawia gdzie był -kolega doradza by nie drążyć.

Skąd takie skandaliczne założenie, że mogło dojść do świadczenia usług seksualnych? – to by i tak było niewiarygodne urozmaicenie mojego życia erotycznego, że o finansowym już nie wspomnę – a poza tym jak samotne matki mogą to ja co, nie mogę? Będzie na następny zabieg albo na wózek inwalidzki dla małej.

Na całym świecie internauci są oburzeni.

Uznaję zatem za konieczne wyjaśnienie tego skandalicznego zachowania, które uwzględniało nadużywanie alkoholu, stosowanie plugawego słownictwa oraz obudzenie się w obcym łóżku na poduszce z dinozaurem.

Zaczęło się tak, że na trening przyszedł nowy kolega – taki zjebany hipster z Sopotu, pozdro Piotruś- i jak narzucił tempo to skończyliśmy ten trening o czasie i zmęczeni. Nie weźmiemy go następnym razem bo wiadomo, trening jest po to, żeby połazić wokół stacji, pogadać o głupotach, polansować się w dresie z Lidla (29,90 za górę i za dół) i czasem trochę pomachać – ale żeby tak od razu się męczyć jak faszyści to bez przesady. Ale raz go z litości wzięliśmy bo jest samotnym sopockim hipsterem, nikt go nie lubi, nie ma kolegów i tylko ładnie wygląda. Znacie typ. Koledze się niestety przez moment przypomniało, że był kiedyś normalnym ratownikiem WOPR a nie zjebanym krawaciarzem no i jak z nami pojechał to wiązałem sobie język na Windsora, bo tylko na taki umiem.

Skoro trening skończył się szybciej, to pojechałem pogadać chwilę ze znajomymi do pewnego znanego lokalu, którego tu nie otaguję bo może się okazać, że ten lokal stara się wbrew pozorom robić obrót i takie historie niekoniecznie służą jego reputacji. Znaczy reputację to ten lokal i tak ma taką, że chodzą tam tylko typy mojej prowiniencji, co mi zresztą bardzo odpowiada. Wchodzę, witam się, zamawiam herbatę z sokiem. Jak za każdym razem. W trakcie rozmowy pokazuję kolegom takie krótkie wideo nagrane komórką kilka dni temu.

Na tym wideo moja córka po raz pierwszy sama pije wodę z kubeczka.

Nie zrozumiecie tego (mam nadzieję) nigdy. Miesiące pracy, oblewania się wodą, dobierania kubeczka, wyciągania z fotelika i zmieniania ubranka. Wychodzenia z kuchni i napierdalania w ścianę głową albo pięścią (muszę w końcu kupić worek bo ścian mi szkoda) i wracanie z uśmiechem do kuchni, żeby nie widziała tych kryzysowych momentów bo pomyśli, że to jej wina. Mówienie „łokcie stabilizuj”, „plecki proste, głowa wysoko”. Demony krążące na granicy podświadomości, że jak nie nauczy się sama pić to umrze z pragnienia jeśli ja padnę i nie zdążę nikogo zawołać. A ja wiem, że takie rzeczy się zdarzały – nawet w moim mieście. Znam ludzi, którzy wchodzili do mieszkań gdzie samobójca zostawił powoli umierające z głodu niemowlę.

Julka jak prawdziwa kobieta wpuszczała pierdolenie Taty jednym uchem a wypuszczała drugim. Na szczęście pomiędzy uszami ma filtr logiczny więc odfiltrowała mądrzenie się starego od zadania do wykonania. I sama sobie wymyśliła technikę – z mniej sprawnej ręki zrobiła prowadnicę i po niej sunie kubkiem do ust. Szacun.

Trzy pijane mordy patrzą półprzytomnym wzrokiem na to nagranie i wiem, że chociaż nie kumają już jaki jest rok (oni i tak nie kumają bo mają szable zamiast normalnej broni) to mnie rozumieją. Albo znają Julkę albo sami pracują z niepełnosprawnymi. Następuje moment ciszy. A potem ktoś mówi tak: „Ona pije…” i zawiesza resztę zdania. Bo przecież to się samo nasuwa.

Skoro ona może, to i my możemy.

Ale to, szanowny Czytelniku a tym bardziej Czytelniczko (swoją drogą co Ty tu robisz kobieto, życia nie masz?) nie uzasadnia niczego, nie wyjaśnia skąd w mężczyznach ta dążność do spożycia. Spróbuję wyjaśnić co się w takich sytuacjach dzieje w rzeczonym lokalu, bo gdzie indziej to nie wiem i w sumie wali mnie to.

Picie alkoholu to proces oczyszczenia duszy i uporządkowania świata, coś jak medytacja albo modlitwa tylko drożej i mniej nudno. Jest takim samym procesem jak rozbieranie broni. Najpierw walimy kilka setek i wyjmujemy SuperEgo. To jest świadomy proces, to znaczy wymaga pokory bo jak ktoś z SuperEgo zamontowanym na stałe się nawali to będziemy mieli napitego lansera a nie duchowe oczyszczenie. Potem walimy kilka kolejnych setek i patrzymy krytycznie na swoje Ego, ściągamy je z prowadnic i odkładamy na bok (można przeczyścić miękką szmatka, ale nie zadrapać). Efekt końcowy to stado Potworów Id które siedzą w mroku z rzadka rozświetlonym słabym światłem (ściany w tym lokalu mają chujowy kolor, to fakt), każdy w otoczeniu swoich demonów które w końcu wychodzą i nie przeszkadzają a jak przeszkadzają to się nimi zajmujemy po kolei. I mnie dzisiaj taki jeden demon zniknął, a ściślej został pożarty (wypity) przez małą, 4,5 letnią dziewczynkę.

To nie jest ładny proces jak się na niego patrzy z zewnątrz. Ale z drugiej strony, seks też ładny nie jest jak się w nim nie uczestniczy. Biedna Madzia musiała zza baru oglądać między innymi starych debili z chwilowym zaostrzeniem PTSD wpadających do lokalu, (przy czym do tej pory wstyd mi nie za to, że to robiłem tylko że Wojtek mnie dwa razy opierdalał za „jaja do ściany” więc chyba faktycznie „postawy do poprawy”), stado facetów skandujących do mnie, żebym się rozbierał na stole i jednocześnie tańczących przy akompaniamencie „Backstreet’s Back” czy standardowe już „Limbo” Daddy Yankee (przynajmniej już nie ma siania paniki jak wchodzę z metalową rurą do lokalu). Taniec jest ważny, pozwala trzymać agresję na wodzy a mężczyżni mają tak że jak piją to ta agresja zawsze gdzieś tam jest, bo tak już mamy. Agresja nie jest wynikiem naszej nienawiści, ona jest nam przyrodzona i tak jak dziewczynki muszą się uczyć pilnować w dni płodne tak my musimy uczyć się panować nad agresją. Lepiej jak rano boli głowa od picia i mięśnie od tańczenia niż szczęka od operacji a dupa od odleżyn bo leżeliśmy na OIOMie tydzień.

Piliśmy za miłość panowie.* Zatem powtórzę już na trzeźwo, kocham Was. Śmiejmy się z naszych złamanych serc bo to znaczy, że jeszcze mamy serca a ból to oznaka życia. Śmiejmy się z codziennych problemów bo znikną. I śmiejmy się ze spodni tego kolegi bez dupy (choć szacun za odwagę).

Obudziłem się u Kobolda bo mnie przenocował, stówę zobaczyłem bo jak każdy porządny Polak jestem pijakiem a jak wiemy każdy pijak to złodziej. Ale nie wziąłem bo cienka niebieska linia i takie tam.

A poduszkę z dinozaurem zaraz kupię Julce bo jest zajebista.

*Między innymi. Piliśmy też za wiele innych rzeczy ale sama próba przypomnienia sobie treści toastów wywołuje ból głowy.

Normalność

Wczoraj mi się dziecko rozchorowało. Temperatura, ból gardła, kaszel. Pojechaliśmy do NOChu na Zaspie z samego rana, rejestracja, krótkie czekanie, wizyta. Mama Julki marudzi i panikuje, Julka grzeczna na wizycie jak to ona, pediatra profesjonalna i porządna. Diagnoza – zapalenie oskrzeli, konieczny antybiotyk. Zirytowany schodzę na dół, kupuję lekarstwa za 130 PLN i wkurwiam się niemiłosiernie na system, ceny leków i wszystko… I nagle zdałem sobie sprawę, jak jest zajebiście. Mam dokładnie takie problemy jak te przykładne małżeństwa w dobrych dzielnicach, które odwiedzałem. Wkurzam się na to samo. Nawet mama Julki jest z nami tego dnia.

Przez chwilę było normalnie.

Uśmiech nie schodził mi z mordy do końca dnia.

Idealna bajera

Jak „wyrwać” pannę? Pytanie oczywiście bez sensu bo każdy kto umie liczyć do 28 i uważał w szkole na biologii nie będzie zadawał pytań na jakie od dekad usiłuje odpowiedzieć ta część Playboy’a, która zawiera literki.

Chodzi o ten moment kiedy obustronne zainteresowanie jest, wiosna w pełni no i trzeba coś powiedzieć żeby zaprosić, zwabić do swojego pokoju (na przykład na koloniach, obozach czy turnusach). Kiedy naprawdę treść tego zaproszenia nie jest aż tak istotna jak sposób jego przekazania.

Dla mnie mistrzem bajery jest pewien Romek (imię fikcyjne), 17-letni chłopiec z MPDz, GMFM tak na oko 1 – szczęściarz cholera – który wraz ze swoim kolegą nazwijmy go Sebastian (GMFM między 1 a 2, niższy od Romka) bajerują kilka lasek na korytarzu. Chłopaki są z domu dziecka, więc oprócz charakterystycznych postaw ciała mają też na twarzach wyryte typowe bidulowe „schowaj te koszulkę Surge Polonia i medale za Irak i Afganistan bo nie masz kurwa bladego pojęcia co to jest piekło”. Ale szczęściarze, bo GMFMy niskie, poruszają się o własnych siłach i nawet pomóc koleżankom mogą.

Laski są w ich wieku, śliczne dziewczyny na wózkach – albo powypadkowe albo MPDz tak samo – no i garną się do nich tak że rodzice by zawału dostali jakby to zobaczyli. Tyle pracy, żeby się nie śliniły – na marne. Przebierałyby nogami gdyby mogły, a tak tylko gumę palą do chłopaków.

Gadka generalnie debilna jak to w tym wieku, sami takie uskutecznialiśmy na gdyńskiej plaży – wiecie, tzw. rozmowy o życiu. Godzina się robi coraz późniejsza, grupka lekko się przerzedza i nagle Romek mówi do dwóch co zostały:

„Ej chodźcie do nas na górę do pokoju, mamy CD, DVD, internet i drzwi dziewięćdziesiątkę”. Powiedział to z takim luzem i blazą że sam bym poszedł te drzwi dziewięćdziesiątki zobaczyć, normalnie Casanova. Bajera polega na tym, że przez standardowe w budowlance 80cm drzwi trudno przejechać wózkiem, a 90cm drzwi to gwarancja w miarę fajnej imprezy bo da się na nią bezproblemowo wjechać i z niej wyjechać.

Bajera na drzwi dziewięćdziesiątkę wraca do mnie co roku na wiosnę.

Rules of Engagement

Zdarzyło mi się już parę razy w mieszkaniach młodych dobrze sytuowanych widzieć takie naklejki. Nie bardzo kumam po co one ale w sumie OK, niektórzy tak lubią. Mnie by zastraszały niczym stojący nade Kobold mną z Kodeksem Wykroczeń, P-83 Lawgiverem i krzyczący „I am the law!”. A nawet gorzej bo zauważcie, pogrubione co ważne jak dla debili. Dokumenty urzędowe jeszcze tak nie są pisane.

napis1

Zastanawiam się natomiast jak wyglądałby taki napis gdyby go napisać szczerze i uczciwie, a nie copy-paste ze sklepu. U siebie widzę to tak (też pogrubiam co ważne):

„W tym domu:
MÓWIMY – jak tego się nauczymy to będziemy się martwić o treść
CHODZIMY – cel się określi jak ogarniemy chodzenie (Tata bieganie)
MYŚLIMY – pozytywnie czy nie to drugorzędna sprawa
KOCHAMY tylko jak Tata jest poza domem albo załatwiamy mu wyjście
ROZŁADOWUJEMY broń, i zostawiamy ją w szafeczce
SPRZĄTAMY po sobie – zwłaszcza WŁOSY
NIE PIJEMY ALKOHOLU – bo jak Tata się nawali to nikogo nie będzie żeby pomóc.”

Zapomniałem o czymś?